Rewitalizacja i jej „efekt uboczny”
Gentryfikacja nie jest jednorodnym procesem. To zjawisko, które często towarzyszy doinwestowywaniu zaniedbanych obszarów i może pojawić się jako efekt uboczny rewitalizacji.
Gentryfikacja obejmuje szereg procesów, które mogą pojawić się przy doinwestowywaniu dzielnic miejskich. Może być czymś w rodzaju efektu ubocznego rewitalizacji
- wyjaśnia dr Dorota Wantuch-Matlak z Politechniki Krakowskiej.
Sama rewitalizacja w założeniu ma poprawiać jakość przestrzeni - nie tylko w sensie estetycznym, ale także społecznym i ekonomicznym.
Podstawową płaszczyzną w ujęciu rewitalizacyjnym jest wątek społeczny, ale także ekonomiczny i przestrzenny. To podejście holistyczne
- podkreśla ekspertka.
Publiczna strategia kontra prywatny kapitał
Różnica między rewitalizacją a gentryfikacją polega na źródle impulsu. Ta pierwsza jest zwykle inicjowana przez sektor publiczny - samorząd, który planuje działania w oparciu o strategię rozwoju. Druga najczęściej wynika z aktywności prywatnego kapitału.
Inwestorzy wchodzą w atrakcyjne lokalizacje ze swoim kapitałem i wizją, które nie zawsze muszą iść w parze z polityką miejską - zaznacza dr Wantuch-Matlak.
Właśnie dlatego - jak dodaje - kluczowe jest wyznaczenie jasnych ram dla zmian.
Potrzebna jest strategia zarządzania i wizja rozwoju obszaru.
„Nie zatrzymywać pieniędzy, ale nimi zarządzać”
Kapitał jest potrzebny, szczególnie w miejscach, które jeszcze kilkadziesiąt lat temu były w złym stanie technicznym i przestrzennym. Kazimierz sprzed trzech dekad wyglądał zupełnie inaczej niż dziś.
Pamiętam Kazimierz sprzed trzydziestu lat - strzępy ruin kamienic, bezład. Dziś nikt nie chciałby do tego wracać
- wspomina ekspertka.
Rozwój jest naturalny i konieczny. Problem pojawia się wtedy, gdy zmiany zaczynają wypierać dotychczasowych mieszkańców, a dzielnica przekształca się w przestrzeń podporządkowaną wyłącznie turystyce i komercji. - Nie wiem, czy pieniądz trzeba zatrzymywać brutalnie, ale trzeba nim zarządzać mądrze - podkreśla.
Plan miejscowy i rola mieszkańców
Miasto powinno jasno określić, jaką wizję ma dla Kazimierza i konsekwentnie ją realizować. Najbardziej namacalnym narzędziem jest miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego - dokument, który określa przeznaczenie terenów i dopuszczalne funkcje.
Najbliższy rzeczywistości jest plan miejscowy. To moment, w którym mieszkańcy mogą składać wnioski i uwagi
- przypomina dr Wantuch-Matlak.
Partycypacja społeczna nie jest dodatkiem, lecz elementem równoważącym presję inwestycyjną.
Jednocześnie trzeba mieć świadomość ograniczeń. - Nawet dobrze wypracowany plan może zostać wykrzywiony przez rzeczywistość. Współczesność jest tak dynamiczna, że nie da się przewidzieć wszystkich scenariuszy - zaznacza ekspertka.
Dialog zamiast konfliktu
Dokumenty planistyczne są konieczne, ale same nie rozwiążą problemu. Równie ważna jest komunikacja – nie tylko z mieszkańcami, ale także z inwestorami.
Inwestorzy powinni wiedzieć, jaka jest miejska wizja i jak się do niej dostosować. Może powinniśmy mówić nie tylko o pieniądzu, ale o ekonomii wartości – o odpowiedzialności społecznej i przestrzennej – wskazuje dr Wantuch-Matlak.
W Krakowie presja inwestycyjna jest duża, a Kazimierz – jako miejsce unikalne – przyciąga kapitał w sposób naturalny. Tym bardziej potrzebne są jasne reguły gry.
Genius loci - między sentymentem a przyszłością
Kazimierz jest przestrzenią szczególną. Jego układ urbanistyczny i dziedzictwo kulturowe budują silne poczucie tożsamości - genius loci, którego nie da się odtworzyć w nowej zabudowie. - Chciałabym zachować klimat Kazimierza, jego tożsamość i kameralność - mówi ekspertka.
Jednocześnie podkreśla, że miasto nie może stać się skansenem.
Musimy wybalansować sentyment do przeszłości z otwarciem na przyszłość. Nie chcemy zastygłej, skostniałej tkanki miejskiej. Trzeba coś zaoferować przyszłym pokoleniom
- zaznacza.
Równowaga zamiast skrajności
Najtrudniejsze jest znalezienie równowagi: między ochroną lokalnej społeczności a dopuszczeniem inwestycji, między klimatem miejsca a jego komercjalizacją, między pieniądzem a wartościami.
Kazimierz nie uniknie zmian. Kluczowe jest jednak to, czy będą one wynikiem przemyślanej, konsekwentnej polityki miasta, czy efektem niekontrolowanej presji rynku.
Każde miejsce ma swoją specyfikę. Nie da się kopiować rozwiązań wprost. Trzeba szukać własnej drogi
- podsumowuje dr Dorota Wantuch-Matlak.