Zapis rozmowy Mariusza Bartkowicza z ministrem nauki i szkolnictwa wyższego, Jarosławem Gowinem, liderem partii Porozumienie.
Powraca temat rozmów nagranych nielegalnie kilka lat temu w restauracji „Sowa i przyjaciele”. Tym razem w roli głównej jest Mateusz Morawiecki. Część mediów pyta o jedną, rzekomo zagubioną lub zniszczoną taśmę z zapisem rozmowy z jego udziałem. To problem dla premiera i rządu?
- Nie. To żaden problem, gdy nie ma taśmy, na której byłoby cokolwiek kłopotliwego. Nieprzypadkowo teraz ten temat powraca. To element kampanii. Są media, które kierują się żywymi aspiracjami politycznymi. Ta taśma była wcześniej znana. To nie podważa wiarygodności premiera.
Pan mocny wpis zamieścił na Twitterze. „Nie byłoby bardziej transparentnie, gdyby Onet wystawił swoją listę do Sejmu? Wszystko byłoby jasne. Ale i tak jest.” Co dokładnie jest jasne?
- Jasne jest to, że część mediów nie kieruje się zasadami bezstronności i poszukiwania prawdy. Oni dają się wykorzystać w kampanii. Tak dęty atak na Mateusza Morawieckiego, który jest drugim politykiem na liście zaufania… Na co dzień patrzę na jego tytaniczną pracę. Przykro mi, że spotykają go takie próby ataków.
Właśnie dlatego jest atakowany, bo jest tak ceniony przez Polaków?
- On jest twarzą naszej kampanii samorządowej i liderem wielkiego projektu cywilizacyjnego przełomu w Polsce. My musimy mieć grubą skórę, liczymy się z atakami. Zamiast bomby mamy tu zmokły kapiszon.
Znacznie większe emocje wśród Polaków wzbudzi dzisiejsza sejmowa debata ws. szczepień?
- Jestem zaskoczony żywotnością tej debaty. Szczepienia powinny być obowiązkowe. Z punktu widzenia populacji ludzkiej one mają wpływ pozytywny. Są indywidualne powikłania. Medycyna ma wiele do zrobienia, ale postęp jest gigantyczny.
Nie jest znane stanowisko PiS w tej sprawie. Gdyby doszło do takiego głosowania to pan będzie za utrzymaniem obowiązkowych szczepień?
- Ja mam jeden problem. Przed wyborami zapowiadaliśmy, że projekty obywatelskie będą trafiały do komisji. W głosowaniu końcowym będę za szczepieniami.
1 października weszła w życie Konstytucja dla Nauki – owoc kilkuletnich prac ministerstwa i szerokich konsultacji. Mówi się, że to największa od ponad 10 lat reforma szkolnictwa wyższego. Co przede wszystkim powinno być kojarzone z tą reformą?
- To największa reforma w nauce od 1989 roku. To unikalna droga dojścia. Był szeroki dialog, konsultacje. To wartość sama w sobie. Pokazaliśmy w podzielonej Polsce, że można głęboko reformować państwo w atmosferze szukania porozumienia i szacunku dla odmienności poglądów. Ustawa poszerza autonomię uczelni, ona wprowadza szereg mechanizmów, które za kilka lat poprawią poziom nauczania studentów. Poziom badań też się zwiększy. Stworzyliśmy solidne zaplecze finansowe dla tej ustawy. W następnych latach nakłady powinny być jeszcze większe.
7% wzrośnie fundusz prac na wynagrodzenia uczelniane w przyszłym roku. To ma być pierwsza z serii podwyżek. Blisko 4,5 miliarda będzie dla uczelni, część w obligacjach. Na co te pieniądze uczelnie będą mogły wykorzystać? Jaka część tej puli może trafić do Małopolski?
- Jeśli chodzi o obligacje skarbu państwa, one mogą być tylko na inwestycje. To 3 miliardy. Te środki nie mogą być na płace. W przyszłym roku zacznie się proces podnoszenia zarobków. One na uczelniach są dramatycznie niskie. Sama ustawa podnosi poziom minimalnych wynagrodzeń. 70% adiunktów będzie miało podwyżki rzędu 20%. Oni są wynagradzani na najniższym poziomie. W następnych latach rząd przewiduje dwie transze podwyżek dla wszystkich pracowników uczelni. Jeśli chodzi o obligacje, do Małopolski trafi grubo ponad 400 milionów.
Pana zdaniem ile czasu będzie musiało minąć, żeby młodzi naukowcy nie musieli pracować w dwóch miejscach - na uczelni, a gdzie indziej - dla pieniędzy?
- To trudne pytanie. Wiem, że znaczna część młodej kadry musi pracować na dwóch etatach. Mamy na szczęście system grantowy. To wielkie osiągnięcie moich poprzedników. To działa dobrze. W Krakowie jest Narodowe Centrum Nauki. Ono oferuje rocznie dostęp do grantów za miliard złotych. Młodzi naukowcy mogą z tego swobodnie finansować swoje badania. Nie muszą mieć dodatkowej pracy.
Co zmieni się dla studentów? Jeśli student studiuje od roku, to zauważy, że coś od 1 października coś się zmieniło?
- Te zmiany to stopniowa, głęboka ewolucja, nie rewolucja. Dla studenta zmieni się to, że nie będą podpisywane fikcyjne umowy z uczelniami. Uczelnie przygotują katalog opłat, które student musi ponosić. Uczelnia nie będzie mogła ich podnieść. Prawa studentów będą lepiej chronione. Najważniejsza zmiana dla studentów będzie taka, że będzie trudniej studiować, trudniej zdawać egzaminy. Nadmierne umasowienie doprowadziło do obniżenia prestiżu dyplomu i poziomu wymagań. Staramy się to zmieniać. Liczę na otwartość środowiska akademickiego i studentów.
Choć demografia panu pomaga. 10 lat temu blisko 2 miliony studentów się kształciło. Teraz nieco ponad milion.
- To prawda. To się pogłębi. Polskie uczelnie coraz skuteczniej ściągają jednak studentów zagranicznych. To pozytywne. Jedną z konsekwencji ustawy będzie drugi proces – otwarcie się polskich uczelni na wykładowców z zagranicy. Mamy na uczelniach pracowników z Francji, Włoch, Hiszpanii. Jesteśmy atrakcyjni dla nich.
Jednym z ważnych elementów reformy jest powołanie rad uczelni. W założeniach chciał pan, żeby to było ciało współdecydujące o sprawach uczelni, będzie to jednak ostatecznie ciało doradcze. Praktyka pokaże, jak duże znaczenie będą miały rady na uczelniach?
- Żałuję, że po zmianach uzgodnionych z PiS rady uczelni nie będą współdecydować. W ich skład wejdzie w połowie kadra z uczelni, w drugiej połowie ludzie z zewnątrz. Kto? Uczelnie będą decydować, będzie autonomia. Będą to pewnie wybitni wychowankowie, przedsiębiorcy.
Autonomia ograniczona wiekiem 67 lat.
- Jest tylko to ograniczenie. Chociaż nie jedno. Posłowie i politycy nie mogą tam też być.
Osoby z legitymacją partyjną?
- Nie. Chodzi o osoby piastujące stanowiska polityczne pochodzące z wyboru, lub ważne funkcje państwowe. Nie mogą to też być urzędnicy Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. To mają być ludzie, którzy wnoszą na uczelnie świeże spojrzenie. W wielu krajach Europy są te rady. W Polsce one też odegrają pozytywną rolę.
Teraz kampania wyborcza. Pan przedstawia kandydatów w kolejnych miastach, spotyka się pan z mieszkańcami. Jak pan ocenia nastroje? O czym mieszkańcy chcą rozmawiać? Na co narzekają?
- Polacy mają dość naszych politycznych sporów. Podziały, skala konfliktów jest za duża. Z drugiej strony wiem, że ta polityczna wojna w mediach nie schodzi tak głęboko w społeczeństwo. Wielu Polaków zachowuje zdrowy dystans do tego. Dobrze. Chciałbym, żeby tej wojny było mniej. Cieszę się, że ogół Polaków bardziej interesuje się gospodarką, szkołami i uczelniami. To jest najważniejsze.
Małgorzata Wassermann, kandydatka Zjednoczonej Prawicy na prezydenta Krakowa, idzie łeb w łeb z urzędującym Jackiem Majchrowskim. Jak pan ocenia jej szanse 21 października?
- Wolałbym powiedzieć twarz w twarz. Kraków może być jednym z nielicznych miast, gdzie urzędujący prezydent rozstanie się ze swoim stanowiskiem. Dla Krakowa byłaby to bardzo dobra wiadomość.