Zapis rozmowy Sławomira Wrony z posłem PiS, Janem Dudą.
Zbliża się majówka. Nie ma jednak ciągle przełomu i porozumienia w sporze między związkiem kontrolerów lotów i zarządem Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej. Wczoraj Rada Ministrów opublikowała rozporządzenie, w którym wprowadza ograniczenia w ruchu lotniczym na obszarze Polski, wskazując 32 priorytetowe kierunki. To sygnał do protestujących kontrolerów, że rząd i Agencja usztywniają swoje stanowisko?
- Myślę, że jest to sygnał i stanowisko strony rządowej. Niemniej popatrzmy na cały kontekst tego sporu o wynagrodzenia. Z informacji, które posiadam, wynika, że kontrolerzy zarabiają średnio 30 tysięcy złotych. Mówię o Warszawie. Nieco inaczej jest na lotniskach lokalnych. Nie mówimy o nędznych zarobkach. To pierwsza sprawa. Druga sprawa, jesteśmy w sytuacji trudnej z wiadomych względów. Jest wojna. Wywoływanie tego sporu teraz… Pomijam sprawy ograniczania ilości lotów związanych z pandemią. Ostatnio loty były ograniczone. Do tego ograniczenie lotów ze względu na zamknięcie przestrzeni lotniczej dla samolotów rosyjskich.
Przypomnę, że protest kontrolerów to reakcja na zaproponowane przez PAŻP nowe zasady wynagradzana. Zdaniem kontrolerów oni na tym tracili.
- Połączenie zarobków z ilością obsługiwanych lotów. Faktycznie Agencja podeszła do tego tak, że skoro spadła w sposób znaczący ilość lotów, powinno to być powiązane z wynagrodzeniami. Wczorajsza informacja ministra Adamczyka, że wracamy do sytuacji wcześniejszej, czyli nie zmieniamy zarobków… Druga strona mówi teraz, że mają być podwyżki.
Mamy brak porozumienia i rozporządzenie, które ma obowiązywać od 1 do 31 maja. Jak przed majowym weekendem wytłumaczyć tę sytuację Polakom, którzy planowali wypoczynek w Grecji Hiszpanii czy we Włoszech?
- Ta sytuacja zostanie opanowana. Tak myślę. Niemniej można tylko powiedzieć, że każdy ma prawo do protestów. Powinien brać jednak pod uwagę możliwości firmy. To spółka państwowa, ale kapitałowa, która ma przynosić zysk. Zarobki muszą być powiązane. Mam nadzieję, że ci, którzy planowali korzystanie z usług linii lotniczych na majówkę, to zrozumieją.
Rolnicy szykują się do siewu i nawożenia z wykorzystaniem nawozów droższych o nawet kilkaset procent. Od wczoraj rolnicy mogą w Polsce ubiegać się o dopłaty do zakupu nawozów. Będzie to refundacja faktur do 500 złotych na hektar gospodarstwa, z górną granicą 50 hektarów. Dopłata też jest do łąk i pastwisk, ale niższa. Możemy się już nie obawiać zapowiadanych przez ekspertów podwyżek cen żywności? Ta decyzja rozwiązuje problem?
- W przygotowaniu tej propozycji brałem udział. Ta reakcja rządu na wielkie podwyżki cen nawozów jest bardzo dobra. Rolnicy nie mają wpływu, za ile swoje płody sprzedają. Chodzi o to, żeby ceny nawozów nie spowodowały drastycznego wzrostu cen żywności w sklepach. W tym kierunku idziemy.
Niektórzy eksperci mówią o podwyżkach 30% już po wakacjach. Jesień ma być strasznie droga. To uzasadnione obawy?
- Nie chcę mówić o procentach. Obawy, że może nastąpić wzrost cen żywności, są uzasadnione. Stąd szybka reakcja rządu, żeby koszty produkcji zmniejszyć. Stąd 500 złotych do hektara upraw, połowa tego do łąk i pastwisk. Ceny żywności w Polsce są powiązane z cenami na świecie. W UE nie ma granic, ceł. Sytuacja w Niemczech i Hiszpanii jest podobna. Jest zatem odbicie na naszym rynku.
Pana zdaniem bez wsparcia Unii, na które ciągle czekamy, stać nas na dalsze zapewnianie warunków pobytu uchodźcom? To pytanie w kontekście sezonu turystycznego i zapowiedzi właścicieli hoteli, którzy mówią, że będą musieli odzyskać część lokali, bo muszą się wywiązać z przyjętych wcześniej rezerwacji.
- Rozmawiam z samorządowcami. Pytałem o to, jak to wygląda w gminach uzdrowiskowych. Faktycznie niektórzy właściciele domów wypoczynkowych i hoteli zwracają na to uwagę. Z tym sobie poradzimy. Nie możemy rozpatrywać sprawy w kategorii, czy nas stać. To sytuacja nadzwyczajna. Do tej pory sobie z tym radzimy w dobry sposób. Inną sprawą jest pomoc Unii. Unia ma obowiązek w sytuacjach kryzysowych wspierać się. Z tego wsparcia powstał nam spór. UE nie jest w tej chwili zainteresowana pomocą. Zostajemy z tym wielkim problemem sami. To dotyczy też innych krajów ościennych Ukrainy.
Kto jest winien sporu narastającego we władzach Nowego Sącza, który zaczyna paraliżować pracę samorządu? Przewodnicząca rady, wciąż utrzymując zdalny tryb obrad i blokując wniosek o swoje odwołanie? Może radni, którzy ogłaszają bojkot obrad? Przed tygodniem sesja rady się nie mogła odbyć z powodu bojkotu. Dziś będzie próba dokończenia sesji. Kto jest za to odpowiedzialny?
- Wybrani radni, bez znaczenia na to, jakie spektrum poglądów reprezentują, są wybrani przez mieszkańców, żeby wypełniać obowiązki. Bez znaczenia, czy im się to podoba. Ten spór… On od jakiegoś czas trwał, narastał. Nie można mówić tylko o odpowiedzialności radnych. Tu jest też prezydent, którego wpływ na sytuację w radzie jest tak duży… Prezydent ma bardzo mocne umocowanie w zarządzaniu miastem. Chyba czas najwyższy, żeby ci, którzy decydują o mieście, zaczęli ze sobą w sposób normalny rozmawiać. Ten spór jest do rozwiązania. Nie może być tak, że tylko jedna strona jest odpowiedzialna.
Pojawiają się poważne oskarżenia pod adresem przewodniczącej rady. Poseł Koalicji Obywatelskiej mówi wręcz o łamaniu prawa. Leszek Zegzda, były wicemarszałek, mówi o rodzeniu się lokalnej dyktatury. Maciej Prostko, lider obozu radnych prezydenta, mówi o politycznym terroryzmie. Nie podoba im się to, jak przewodnicząca prowadzi radę miasta.
- Wszystko podlega ocenie. Ja nie chcę jako poseł, polityk wchodzić w ten spór. To samorząd. On powinien się sam rządzić. Wchodzenie w to posła Marka Sowy daje polityczny kierunek. On zrobił kontrolę, powiadomił prokuraturę. Gdzie tu jest miejsce na rozmowę?