Zapis rozmowy Jacka Bańki z dr. Jackiem Sokołowskim, politologiem z UJ.
Jak pan ocenia pierwszy rok prezydenta Dudy?
- To pytanie pada w kontekście pewnego kryterium, które jest stosowane w większości ocen pierwszego roku prezydentury. Chodzi o niezależność. Odpowiedzi rozkładają się tak, że ci, którzy prezydenta lubią - mówią, że jest niezależny a ci, którzy nie lubią - mówią przeciwnie. Genezą naszej prezydentury jest Okrągły Stół i rola, którą tam prezydentowi przypisano. Politolodzy mają problem ze zdefiniowaniem tego modelu. Mówi się o arbitrażu, systemie półprezydenckim. Tymczasem polska prezydentura jest nieudaną, wewnętrznie sprzeczną hybrydą. Ten model został stworzony jako instytucja blokująca działanie parlamentu, ale nie mająca własnych kompetencji kreacyjnych. Mieliśmy prezydentury silne, ponieważ to stanowisko obejmowali politycy o silnych osobowościach. Oni byli przywódcami obozów politycznych. To był Lech Wałęsa, Lech Kaczyński czy Aleksander Kwaśniewski. Oni byli niezależni w pewnym senie od obozów, które współtworzyli i prędzej czy później popadali w konflikt z tymi obozami. Te sytuacje pokazują, że ten model niezależnego prezydenta był dysfunkcjonalny. Od 2010 roku urząd pełnią ludzie, których wyznaczyła na stanowisko partia. Oni nie byli liderami swojego obozu. To osoby pozbawione własnych ambicji politycznych. Pojawił się nowy model prezydentury podporządkowanej obozowi prezydenta. To model prezydentury przyjaznej lub spolegliwej. Jaki był rok prezydenta Dudy? Mniej więcej taki jak pierwszy rok prezydenta Komorowskiego.
Zatem dzięki temu, że mamy do czynienia z hybrydą, prezydentury wymykają się ocenom?
- Należy się zastanowić jaki cel ma prezydentura. Wcześniej było to blokowanie działań większości rządowej. To prowadziło do negatywnych skutków. Teraz ewolucja polityczna doprowadziła do tego, że prezydent przestał być blokerem. On koegzystuje z rządem. Nie należy oczekiwać blokowania działań rządu. Ja bym nie przyjmował tego kryterium niezależności. Prezydentura stała się dekoracyjna i osłonowa. Prezydent stał się graczem pomocniczym na politycznym boisku. On dostarcza osłony medialnej. Polacy prezydenta lubią, on zwykle jest wysoko w rankingach zaufania. To osłona PR-owa rządu.
Co z obietnicami, które złożył jako kandydat?
- Obietnice były złożone na wyrost. Przyznał to prezydencki minister. Szczerość w polityce nie popłaca. Fakt. Andrzej Duda raczej nie liczył się na początku z wygraną, więc mógł szafować obietnicami. Tu jest to problem wizerunkowy dla obozu PiS i prezydenta. Obietnice nie miały racjonalnych podstaw. Możliwości są dwie. Albo będzie wycofywanie się, co wygeneruje koszt polityczny dla prezydenta, albo trzeba podjąć próbę realizacji obietnic i wejść na ścieżkę konfliktu z rządem. Trzeba składać radykalne projekty, żeby zostały odrzucone przez większość parlamentarną. Wtedy za niepowodzenie odpowie rząd. Nie wydaje się, żeby Andrzej Duda był do tego gotowy. To przeciwnicy zarzucają mu jako brak niezależności, ja interpretuję to jako zmieniony model prezydentury. Aleksander Kwaśniewski miał ambicje wykraczające dużo dalej niż bycie graczem pomocniczym SLD. Andrzej Duda takich ambicji nie ma. Dlatego prawdopodobnie nie zdecyduje się na konflikt z obozem rządzącym.
Co czeka nas jesienią? Bez samorządów PiS nie ma pełni władzy. Mamy CBA w urzędach marszałkowskich. Mamy też poligony doświadczalne związane z referendami w Tarnowie i Krakowie. Będzie próba odbijania samorządów?
- Próba pewnie będzie. Jak jest możliwość to trzeba skorzystać w polityce. Sytuacja jest różna w obu miastach. Konflikt w Tarnowie jest partyjny i lokalny. Tam w Radzie Miasta dominuje PiS. Ona dąży do usunięcia prezydenta z PO. Nie jest tak, że PiS dostanie bonus jak będzie miało prezydenturę w Tarnowie. Jest jedno miasto w Polsce, gdzie walka o prezydenturę przekłada się na wynik centralny. To Warszawa. W Krakowie jest inna sytuacja. Jest prezydent niezwiązany z siłami politycznymi, którego pozycja polityczna eroduje. Na tym konflikcie wygrać może PiS. Kraków to miasto symboliczne. W ostatnich wyborach kandydat PiS miał niezły wynik. To element kwadratury koła. Kraków nie jest miastem, w którym wybory mógłby wygrać kandydat partyjny. Bezpośrednio nie skorzysta kandydat partyjny, nawet jak prezydent Majchrowski straci stanowisko. Chyba że komisarz okaże się osobą niezwykłą, która zachwyci krakowian i zbuduje wyjątkowy potencjał w krótkim czasie. To jednak mało prawdopodobne. Referendum jest impulsem rozwojowym dla Łukasza Gibały. On tak to traktuje. Jego plan dotyczy przyszłych wyborów samorządowych. Nie chodzi o przyspieszone wybory, które miałby wygrać.
Żadna z dużych partii nie chce umierać za Kraków?
- Ktoś do umierania zawsze się znajdzie. PO znalazła kandydatkę w ostatnich wyborach. Pan Lasota zginął, ale z honorem. Nie jest wykluczone, że on może startować. To scenariusz, który może wykorzystać PiS. To jest jednak pisane palcem a wodzie. Ciężko jest przeprowadzić skuteczne referendum odwoławcze. Wymogi są takie, żeby pomóc urzędującemu prezydentowi. Musi iść do referendum około 120 tysięcy osób, żeby referendum było ważne. Większość musiałaby głosować za odwołaniem. Nie wątpię, że jest 60 tysięcy osób, które by chciało zagłosować za odwołaniem Jacka Majchrowskiego. Mam jednak wątpliwości czy do referendum pójdzie 120 tysięcy. Prezydent wezwie swoich zwolenników do pozostania w domach. To sprzyja Jackowi Majchrowskiemu, ale takie referendum i tak prezydenta Krakowa mocno osłabi.