Zajmują się państwo obserwowaniem życia publicznego i partycypacją społeczną. Po wczorajszym wyroku Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego przeciwnicy strefy czystego transportu zapowiedzieli protesty przed domami polityków, między innymi przed domem prezydenta Aleksandra Miszalskiego. Jak pan ocenia taką formę protestu? Czy to pana zdaniem przekroczenie dopuszczalnych granic sprzeciwu społecznego?
Dla mnie wyznacznikiem prawa do protestu - podstawowego prawa każdej obywatelki i każdego obywatela, w tym przypadku mieszkańców Krakowa - jest zasada, że nasze prawa kończą się tam, gdzie zaczynają się prawa drugiej osoby.
Jeśli mówimy o prawach takich jak prawo do bezpieczeństwa, prywatności czy ochrony własnej rodziny, to w tym kontekście należy tę sytuację oceniać. Pytanie brzmi: czy egzekwowanie prawa do protestu nie narusza praw kogoś innego – w tym przypadku prezydenta miasta czy innego decydenta.
Nie ma tu jednej interpretacji, ale mój osobisty „wewnętrzny termometr” podpowiada mi, że jest to przesada. Zwłaszcza w sprawie, która - w przeciwieństwie do protestów klimatycznych - nie dotyczy bezpośrednio prawa do życia czy przetrwania.
Rozumiem, że protestujący nie zgadzają się z polityką publiczną, że obawiają się kosztów, konieczności dostosowania się do nowych przepisów albo kierują się motywacjami politycznymi. Natomiast sięganie po narzędzia protestu totalnego wydaje mi się w tym przypadku nieuzasadnione. To nie jest wyrok - to moja osobista ocena.
Nawet jeśli mówimy o proteście przed domem osoby publicznej – decydenta?
Tak. Decydent pracuje na co dzień w urzędzie i to tam jest miejsce do protestowania przeciwko jego decyzjom. Dom to przestrzeń prywatna - miejsce, w którym chce się czuć bezpiecznie i spędzać czas z rodziną. Zaburzanie tego poczucia bezpieczeństwa jest problematyczne.
Wyobrażam sobie sytuacje skrajne, na przykład w państwach niedemokratycznych, gdzie inne formy sprzeciwu nie są możliwe, ale nie mamy tu do czynienia z takim przypadkiem. Mówimy o decyzji podjętej w ramach państwa prawa, ocenionej dodatkowo przez sąd.
Dla mnie protestowanie przed domem polityków jest przekroczeniem tej granicy, choć oczywiście samo prawo do protestu pozostaje fundamentalne. Sprawa strefy czystego transportu pokazała jednak, jak wiele innych narzędzi sprzeciwu jest dostępnych obywatelom.
Z prawnego punktu widzenia: czy protestowanie przed czyimś domem jest kwestią legalności, czy raczej zdrowego rozsądku?
Z prawnego punktu widzenia sąsiedzi czy osoby, których dotyczy protest, mają prawo reagować, na przykład zgłaszając zakłócanie ciszy nocnej czy naruszenie miru domowego. Protesty muszą też spełniać wymogi formalne dotyczące zgromadzeń publicznych.
Służby oceniają, czy dane miejsce nadaje się do bezpiecznego przeprowadzenia protestu - także pod kątem bezpieczeństwa publicznego czy przeciwpożarowego. Jeśli zgromadzenie zostanie zgłoszone zgodnie z prawem, decyzja administracyjna zapada stosunkowo szybko.
Mieszka pan w Warszawie, gdzie strefa czystego transportu funkcjonuje, ale w znacznie mniejszej skali niż w Krakowie. Nie było tam jednak protestów takich jak niszczenie znaków czy kamer. Jak pan ocenia takie formy sprzeciwu?
Prawo do protestu musi być realizowane z poszanowaniem zasad bezpieczeństwa i współżycia społecznego. Zwłaszcza że nie mówimy tu o polityce zagrażającej czyjemuś życiu lub zdrowiu.
W tej sprawie istnieje wiele innych narzędzi dialogu z władzą. Niszczenie mienia publicznego czy protesty pod domami polityków nie powinny mieć miejsca.
Różnice między Warszawą a Krakowem wynikają też z wielkości miasta i skali wprowadzanych zmian, ale nie bez znaczenia jest fakt, że temat stref czystego transportu został silnie upolityczniony. W Krakowie również widzimy, że nastroje społeczne są w pewnym stopniu politycznie napędzane.
Co sprawia, że protest zyskuje legitymizację? W internecie widać duże poparcie dla takich działań – czy to wystarczające?
To, co widzimy w internecie, nie jest rzeczywistością. Nie wiemy, ile komentarzy pochodzi od botów ani ile generują te same osoby.
Dla mnie realnym wyznacznikiem siły i legitymizacji protestu jest liczba osób, które są gotowe poświęcić swój czas i fizycznie pojawić się na demonstracji.
W protestach brało udział około tysiąca osób. Jak pana zdaniem należy odczytywać taką skalę mobilizacji?
Można oczywiście żonglować liczbami. Pytanie, ile osób głosowało na decydentów wprowadzających te rozwiązania, ile uczestniczyło w konsultacjach społecznych.
Tysiąc osób to wyraźny sygnał, ale nie dowód na sprzeciw całego miasta. Jednocześnie zachęcałbym decydentów, by nie odpowiadali na protesty konfrontacją. Odpowiedzialna władza powinna zapytać: co z tego głosu można wyciągnąć, by ulepszyć politykę publiczną?
Być może wśród krytycznych głosów są realne problemy – dotyczące dostępności transportu czy wykluczenia komunikacyjnego. Warto je wykorzystać przy aktualizacji lokalnych przepisów i przyszłych decyzjach.
Gościem Radia Kraków był Mateusz Wojcieszak, Fundacja Pole Dialogu.