Sprawa dotyczy informacji o znalezieniu materiałów wybuchowych przy gazociągu TurkStream – kluczowej magistrali, która dostarcza około 60 procent gazu zużywanego na Węgrzech.
5 kwietnia prezydent Serbii Aleksandar Vučić poinformował o odkryciu ładunku wybuchowego. Dzień później węgierski minister spraw zagranicznych Péter Szijjártó opublikował nagranie, w którym zasugerował możliwy związek incydentu z Ukrainą.
W tym samym czasie w mediach społecznościowych zaczęły pojawiać się wpisy przypisujące odpowiedzialność stronie ukraińskiej. Jeden z nich głosił, że „sabotażu dokonali terroryści z Ukrainy pod dowództwem Zełeńskiego”.
7 kwietnia serbska Wojskowa Agencja Bezpieczeństwa przedstawiła ustalenia. Dyrektor Duro Jovanić poinformował, że użyte materiały wybuchowe są produkcji amerykańskiej, ale jednocześnie podkreślił: „To nie Ukraińcy”. Jako sprawców wskazano grupę wyszkolonych imigrantów.
W przestrzeni informacyjnej pojawiły się dwa równoległe przekazy. Rosyjskie media, powołując się na rzecznika Kremla Dmitrija Pieskowa, nie wykluczały udziału Ukrainy. Z kolei przedstawiciele ukraińskiego MSZ określili sprawę jako „operację pod fałszywą flagą”.
Na kontekst wydarzeń zwrócono uwagę także w analizach dziennikarskich – incydent miał miejsce na tydzień przed wyborami parlamentarnymi na Węgrzech.
Podsumowanie danych jest jednoznaczne: zagrożona była infrastruktura odpowiadająca za 60 procent dostaw gazu, do wyborów pozostawało 7 dni, a „zero” – tyle wynosi liczba potwierdzonych dowodów na udział Ukrainy.