Wystarczy, że bohaterem zdarzenia jest dziecko, a nasze podejście potrafi zmienić się diametralnie. Dorosłym wybaczamy błędy, traktujemy je jako naturalne. Dzieci natomiast bywają oceniane surowiej, choć ich możliwości fizyczne i emocjonalne są znacznie mniejsze. Paradoks polega na tym, że od dziecka wymagamy często więcej samokontroli niż od dorosłego. Rozwój dziecka rządzi się swoimi prawami. Małe dzieci dopiero uczą się koordynacji ruchowej, kontroli ciała i koncentracji.
Nawet tak prosta umiejętność, jak stanie bez ruchu pojawia się dopiero około siódmego roku życia. Pięciolatek chodzący po krawężnikach, skaczący po schodkach czy wiercący się na krześle nie jest "niegrzeczny":
To jest troszkę tak, gdy wymagamy od dziecka, by stało bez ruchu, ale on nie umie. Dopiero w 7. roku życia zyskuje możliwość takiego całkowitego zatrzymania się. Jeżeli idziesz na spacer i dziecko wchodzi na krawężnik, schodki, to znaczy, że jego rozwój ruchowy się jeszcze nie zakończył. Cały czas doświadcza i bada relacje przestrzenne, odległości, zasady, uczy się rozumieć te wszystkie zależności – mówi Katarzyna Wnęk-Joniec.
Często za surowymi reakcjami kryją się oczekiwania dorosłych. W głowie wielu rodziców funkcjonuje obraz dziecka, które będzie bardziej zdyscyplinowane, uważniejsze i lepiej zorganizowane niż oni sami. Czasem chcemy, by dzieci spełniły nasze niespełnione ambicje. Innym razem denerwują nas w nich cechy, które przypominają nasze własne słabości. Problem w tym, że dziecko nie jest projektem do poprawienia dorosłego życia. Jest osobnym człowiekiem, który dopiero się rozwija.