Rząd wraca do pracy nad reformą Państwowej Inspekcji Pracy, by nie stracić pieniędzy z KPO. Poprzedni projekt polegający m.in. na zamianie umów B2B w umowę o pracę decyzją administracyjną wywołał wściekłość premiera całkiem niedawno. Co będzie teraz w tej propozycji ministerstwa pracy?
- Lewica po to jest w rządzie, by walczyć o godność pracy. W tej walce się nie cofniemy. Trwają rozmowy między ministrą Dziemianowicz-Bąk i ministrem Żurkiem. Musi być kompromis. Trzeba zakończyć patologiczne sytuacje, gdy ludzie latami są na umowie zleceniu, albo B2B. To są warunki brzegowe. To jest także to, co wynegocjowaliśmy w ramach kamienia milowego z KPO. Chcemy to zrealizować. Są różne ścieżki, ale cel jest prosty.
Wątpliwości jest bardzo dużo. Mówi pan, żeby to zlikwidować, ale są tak zwane „złote śmieciówki”, czyli tej osobie zatrudnionej w oparciu o B2B w ogóle nie opłaca się zamieniać tego na umowę o pracę.
- Co rozumiemy przez „opłaca się”? Są jednorazowe kontrakty, gdy ktoś deklaruje wykonanie jakiegoś zlecenia. To cześć rynku pracy. Mówimy, gdy ktoś przez 10-15 lat ma zlecenie. To nie daje zwolnienia lekarskiego, nie ma zabezpieczenia, gdy ktoś choruje, zachodzi w ciążę. Gdy dochodzi do zamknięcia firmy, mamy różnice między pracownikami i ludźmi na B2B. Pierwsi mają odprawy, zabezpieczenia. Drudzy zostają na lodzie.
W tej nowej wersji pozostanie również ta możliwość inspektora pracy, że będzie drogą administracyjną zamieniał umowę B2B w umowę cywilnoprawną? To wywołuje najwięcej kontrowersji. Czy to będzie obowiązywać wstecz, to znaczy od momentu zawarcia umowy B2B?
- Jak chodzi o obowiązywanie wstecz, był to pierwotny zamysł. W toku uzgodnień zrezygnowaliśmy z tego. Jednak wciąż jest możliwość dochodzenia do tego przez sąd pracy. To się już dzieje. Są sytuacje, gdy pracownicy na umowach o dzieło i zlecenie wygrywali sprawy. Sąd stwierdzał, że powinni być na umowie o pracę. Są te zabezpieczenia sądowe. Jest katalog możliwości, w jakich toczą się negocjacje.
Marszałek Czarzasty mówił tak - inspektor podejmuje decyzję, ale sprawą obligatoryjnie od razu zajmuje się Sąd Pracy.
- To jedno z rozwiązań, ale nie przesądzam. Trwają rozmowy. To przebieg dyskusji wewnątrz koalicji. Stanowisko Lewicy jest jasne. Zależy nam, żeby skończyć z patologiami rynku pracy. Zastępowanie umów jest taką patologią.
Choć bardzo dziwnie to wyglądało. Przez pół roku o tym rozmawialiśmy i nagle premier jest zdziwiony.
- To pytanie do posłów PO i premiera. Na pewno w tej sprawie były rozmowy na różnych szczeblach, były uzgodnienia międzyresortowe. Wszystko było jasno pokazane. Gdy zmieniano jeden z kamieni milowych KPO na ten, rząd był w to włączony.
Czyli reasumując. Będzie reforma, ale nie znamy ostatecznie kształtu oczywiście. Ten mechanizm zamieniający umowy B2B, czy też umowy cywilnoprawne, w umowę o pracę będzie zachowany?
- Staramy się o to, ale nie przesądzam o kształcie tej ustawy. Rozmowy trwają.
Lewica pyta o bezpieczeństwo kobiet po tym, gdy ruszył proces zamykania porodówek. W Polsce w zeszłym roku zostały zamknięte trzy. Od lutego dołączy czwarta, w Wadowicach. Średnio półtora porodu dziennie to jest wystarczająca liczba, by utrzymywać tę porodówkę w Wadowicach?
- Zwróciłam się do starosty wadowickiego z pytaniem o powody. Jednym z nich jest remont. Co po nim? Porodówka będzie przywrócona? To pytanie o bezpieczeństwo kobiet rodzących. To indywidualne wybory kobiet, które szukają szpitali, które najlepiej zapewnią opiekę. Gdy mamy kryzys demograficzny, nie można działać na kobiety tak, że zamykamy porodówki. Poród nie wydaje się wtedy bezpieczny. Rozmawiamy z ministerstwem zdrowia. Chodzi o finansowanie systemu ochrony zdrowia. To podatek zdrowotny. Chcemy do tego przekonać koalicjantów. Są kwestie finansowe, bezpieczeństwa, opieki okołoporodowej. Rodziłam w dwóch różnych szpitalach. Moja decyzja o zmianie szpitala po pierwszym porodzie wynikała z tego, jak wyglądała opieka okołoporodowa. Chodzi o pewne standardy.
Tu mamy dobrze wyposażoną porodówkę, ale szefowa szpitala mówi, że mimo wszystko kobiety wybierają na przykład Suchą Beskidzką.
- Czekam na odpowiedź starosty, jak to zostanie zorganizowane. Tego wywiadu pani dyrektor nie słyszałam. Obowiązkiem państwa jest zbudowanie systemu, w którym różnice między szpitalami są jak najmniejsze.
Nawet jeśli trzeba do funkcjonowania porodówki dokładać milion miesięcznie? O takich sumach mówi szefowa szpitala, a liczba urodzeń spada o kilkanaście procent każdego roku.
- Inwestycja w bezpieczeństwo kobiet rodzących nie jest dokładaniem. Tę optykę należy zmienić. Tym powinno kierować ministerstwo zdrowia. To jego odpowiedzialność.
Mówiła pani jeszcze o podatku zdrowotnym. Czy coś wiadomo więcej? Czy ktoś jest zainteresowany dyskusją o tym? Chodzi o to, żeby zamienić składkę zdrowotną na podatek zdrowotny, co w konsekwencji skutkowałoby mniejszymi obciążeniami dla obywateli.
- Jednocześnie elementem podatku zdrowotnego byłoby obciążenie nim dużych płatników, żeby wyrównać braki w ochronie zdrowia, ale nie przerzucać ich na pracujących. To dyskusja o wielkiej zmianie systemu. Nie dzieje się to nagle. Widzimy, jak duże są braki w finansowaniu ochrony zdrowia. W ocenie Lewicy to jedyne racjonalne wyjście.
Lewica chce także likwidacji opłaty klimatycznej, uzdrowiskowej, zastąpienie jej opłatą turystyczną. Co by to dało Krynicy? 9,5 miliona w zeszłym roku dzięki opłacie uzdrowiskowej Krynica zyskała. Gdyby miała opłatę turystyczną, byłoby więcej?
- Opłata turystyczna w naszym projekcie – tak. Zwiększamy widełki opłaty, którą od turystów mogą egzekwować kurorty, w których jest duży ruch. Dla Krynicy byłoby więcej pieniędzy.
Wyższą stawkę... Teraz jest ponad 6 zł, to już dużo.
- To faktycznie jeden z elementów. Ustawa zmienia sytuację gmin większych i mniejszych, które nie mogą pobierać opłaty uzdrowiskowej.
Tam są wątpliwości m.in. dotyczące tego, że te portale, za pomocą których rezerwujemy, pobierałyby opłatę turystyczną, ale nie są to polskie podmioty. Jak wyglądałaby kwestia egzekucji tych pieniędzy?
- Na podstawie umów, które by zostały podpisane. Są też regulacje najmu krótkoterminowego. W Krakowie współpraca między platformami i miastem istnieje. Mamy ewidencję. Wprowadzenie takiej opłaty byłoby impulsem dla gmin, żeby to regulować.
Jest projekt Rafała Komarewicza. Jest ten rządowy, gdzie miałby być poziom 80% dla gmin, 20% dla Polskiej Organizacji Turystycznej, albo dla LOT-ów, czyli tych lokalnych organizacji turystycznych.
- Jestem przeciwniczką tego. Jak jakaś gmina będzie chciała wydać środki z opłaty turystycznej na promocję swojej gminy, może to zrobić z tej opłaty. Nie widzę sensu utrzymywania LOT-u w Krakowie. Kraków to marka sama w sobie. Działania promocyjne wykonuje Urząd Miasta, Urząd Marszałkowski i samo województwo. Nie trzeba w takich gminach utrzymywać Lokalnych Organizacji Turystycznych.
Lokalna Organizacja Turystyczna w Krakowie ma się na razie bardzo dobrze.
- Rozumiem. Środki z miasta są duże. Może jest tu kwestia, czy efektywnie są wydawane te środki?
Jest pani zadowolona z wyroku Sądu Administracyjnego w sprawie Strefy Czystego Transportu?
- Sąd utrzymał meritum uchwały. Priorytetem jest kwestia ochrony zdrowia mieszkańców. Gmina była kompetentna, żeby to wprowadzić. Utrzymane są granice Strefy, wyłączenie dla mieszkańców i stwierdził, że obowiązek meldunku nie jest adekwatny. Jak ktoś wynajmuje mieszkanie, nie zawsze właściciel zgadza się na meldunek. Muszą być procedury, w ramach których urzędnicy będą weryfikować fakt zamieszkiwania, ale jest to do zrobienia.