Fot. Pixabay
Przypomnijmy, czym jest ten słynny system handlu emisjami ETS i w jakim celu został stworzony.
Przede wszystkim system ETS nie jest żadną umową. Jest to system powstały na gruncie dyrektywy ETS z 2003 roku. To akt prawa unijnego, który Polska przyjęła do swojego porządku prawnego podczas procedury akcesyjnej. Głosowanie w tym zakresie odbyło się w grudniu 2004 roku, więc kilka miesięcy po formalnej akcesji. Podczas tego głosowania w polskim Sejmie wszyscy obecni na sali parlamentarzyści byli za przyjęciem dyrektywy ETS do polskiego porządku prawnego.
Od tego momentu, czyli od 2003 roku, kiedy dyrektywa ETS pojawiła się w unijnym porządku prawnym, rozstrzygając na przykład, że w 2005 roku wejdzie w życie system handlu emisjami, była ona zmieniana kilkukrotnie. Natomiast przez cały ten czas wprowadzała system, który jest – można powiedzieć paradoksalnie – bardzo sprawiedliwy, bo dokłada koszt do emisji, która jest kosztem. System ETS pozwala ten koszt uchwycić w ramy formalne, w ramy finansowe.
I to nie jest wymysł Unii Europejskiej. Na pierwszy taki system handlu emisjami wpadli republikanie prezydenta Ronalda Reagana. To właśnie administracja prezydenta Reagana, w drugiej kadencji tego prezydenta, zdecydowała się wdrożyć tego rodzaju system związany z emisjami siarki. Można więc powiedzieć, że systemy handlu emisjami mają republikańskie korzenie.
Te systemy naprawdę są sprawiedliwe, bo pozwalają określić koszt emitowania pewnych substancji do atmosfery czy gdzie indziej, z jednej strony po to, żeby dociążyć finansowo podmioty emitujące, a z drugiej – żeby wygospodarować fundusze na walkę z emisjami, które są uważane za szkodliwe.
Czyli innymi słowy jest to rodzaj takiego podatku, który płacą emitenci dwutlenku węgla, aby można było te pieniądze potem inwestować na przykład w rozwój zielonej energii?
Z jednej strony można tak to nazwać, z drugiej strony stawka podatku jest zazwyczaj określana sztywno i jest po prostu naliczana procentowo albo stanowi konkretną kwotę, która nie podlega gwałtownym zmianom. Natomiast jeżeli chodzi o system handlu emisjami, to tutaj wszystko rozbija się o to, ile wyceniana jest emisja.
W przypadku systemu unijnego za wycenę emisji odpowiada taki quasi-rynek stworzony właśnie na potrzeby systemu handlu emisjami. Warto tu zwrócić uwagę na ten trzon: handel. O co chodzi? Mianowicie o to, że w ramach unijnego systemu handlu emisjami każde państwo członkowskie Unii Europejskiej dostaje pulę uprawnień do emisji. Jedno uprawnienie to możliwość wyemitowania jednej tony dwutlenku węgla, bo unijny system handlu emisjami dotyczy właśnie emisji dwutlenku węgla.
Państwa w ramach specjalnych aukcji sprzedają te uprawnienia podmiotom, które są zobligowane do tego, żeby je wykupić i umorzyć. Dajmy na to: Polska Elektrownia Bełchatów, która rocznie emituje mniej więcej 30 milionów ton dwutlenku węgla, musi wykupić 30 milionów uprawnień.
Jak wyceniana jest cena uprawnienia? Na podstawie właśnie tych aukcji, które są oparte o pewien rynek. W zależności na przykład od sytuacji gospodarczej Europy różna jest wycena uprawnień do emisji. Im gorsza jest sytuacja gospodarcza, tym emisje są tańsze, bo zakłada się, że wtedy zapotrzebowanie na energię będzie spadać. Tak było chociażby w 2022 roku, kiedy po pełnoskalowej agresji Rosji na Ukrainę załamała się cena uprawnień do emisji, bo spodziewano się, że w Europie może dojść do poważnych perturbacji gospodarczych, co poniekąd było prawdą.
Tak wygląda kwestia handlu uprawnieniami. Różne podmioty, które są wpisane do specjalnego katalogu podmiotów uprawnionych do handlu emisjami, mogą handlować tymi uprawnieniami. Na przykład taka Elektrownia Bełchatów może kupić sobie więcej uprawnień, niż potrzebuje, i potem odsprzedawać je innym elektrowniom czy innym podmiotom. Istotną zmianą było jednak to, że do systemu handlu emisjami dopuszczono podmioty finansowe, które zaczęły traktować uprawnienia do emisji jak papiery wartościowe.
Czyli to taki rodzaj giełdy?
Tak, właśnie. Z jednej strony tłumaczono to w ten sposób, że chodzi o maksymalną płynność i o to, żeby cena uprawnienia do emisji odzwierciedlała realną wartość tych emisji w gospodarce europejskiej. Ale z drugiej strony pojawiły się zarzuty – całkiem uzasadnione – o spekulację, czyli nakręcanie pewnej bańki, jeżeli chodzi o uprawnienia do emisji.
I znowu można powiedzieć, że spekulacja jest normalnym elementem obrotu giełdowego. Z drugiej strony my za tę spekulację płacimy, co rodzi pewne pytania o słuszność i sprawiedliwość.
Natomiast jeżeli chodzi o dolegliwość związaną z systemem handlu emisjami, to można ją podzielić na dwie płaszczyzny: energetyczną i przemysłową. Jeżeli chodzi o energetykę, czyli o wytwarzanie energii elektrycznej, to Polska jest najbardziej dociążona działaniem tego systemu. Po pierwsze dlatego, że mamy najbardziej intensywną emisyjnie energetykę ze wszystkich krajów członkowskich Unii Europejskiej. Po drugie, ta intensywność wynika z oparcia się na elektrowniach węglowych, które są zasilane między innymi najbardziej emisyjnym paliwem w energetyce, czyli węglem brunatnym. Po trzecie, przez długi czas Polska nie prowadziła transformacji energetycznej, co doprowadziło nas do momentu, w którym część środków, jakie powinny trafiać do polskiego budżetu, ucieka z polskiej gospodarki.
Tu warto zaznaczyć, że państwo, sprzedając te uprawnienia, zasila swój budżet, bo środki z uprawnień do emisji nie wędrują gdzieś na konta Unii Europejskiej czy jej agend, tylko do budżetu państwa. Sama Polska w ciągu ostatnich dziesięciu lat zarobiła na sprzedaży uprawnień do emisji ponad 110 miliardów złotych. To są ogromne pieniądze.
I tutaj pojawia się kolejna wątpliwość, mianowicie jak wydawać te pieniądze. I tu niestety Polska popełniła bardzo poważny błąd, bo dużą część tych środków przepalono. Według Najwyższej Izby Kontroli około 90 procent z tych pieniędzy. Najwyższa Izba Kontroli zwróciła uwagę na to, że z tych 110 miliardów złotych zaledwie 10 procent przeznaczono na takie rozwiązania jak program „Mój prąd”, czyli program instalacji fotowoltaiki – i że te pieniądze zostały wydane sensownie. A reszta gdzieś rozpłynęła się w budżecie.
Dochodziło do takich kuriozalnych sytuacji, że w Polsce z pieniędzy pozyskanych ze sprzedaży emisji dotowaliśmy zakup węgla. Jeżeli państwo sięgniecie pamięcią do 2022 roku i kryzysu węglowego na polskim rynku, to rząd wprowadził w pewnym momencie dopłatę 3 tysięcy złotych dla gospodarstw domowych do zakupu węgla.
I to właśnie z tych pieniędzy?
Tak, niestety. Bo dopłata była finansowana z Funduszu Wsparcia dla poszkodowanych w ramach pandemii COVID-19, do którego trafiły pieniądze ze sprzedaży uprawnień do emisji dwutlenku węgla. I to jest możliwe na gruncie prawa Unii Europejskiej, bo potraktowano to jako wydatek na rzecz mrożenia cen energii i walki z ubóstwem energetycznym. Więc lege artis wszystko się zgadzało.
Ale nie wszystko, co legalne, jest uczciwe i nie wszystko, co legalne, jest słuszne. Polska, jeżeli chodzi o swoje podejście do systemu handlu emisjami, często zgłasza sensowne pomysły – jak na przykład postulaty dotyczące pewnego capu cenowego na cenę uprawnienia, żeby nie rosła ona tak szybko, jak miało to miejsce w 2021 roku, kiedy w styczniu uprawnienie do emisji kosztowało 30 euro za tonę, a w grudniu już 90. I tutaj cap rozwiązałby ten problem. Ale z drugiej strony Polska też dużą część problemów z systemem handlu emisjami sprowadziła na siebie sama.
A jak będzie wyglądała za pięć, dziesięć lat polityka energetyczna Polski? Jak będzie wyglądał ten miks? Jak byśmy sobie życzyli, żeby wyglądał miks energetyczny w naszym kraju?
Powiem w ten sposób: będzie wyglądał tak jak teraz, tylko bardziej. To znaczy będziemy mieć jeszcze więcej źródeł odnawialnych. Obecnie odpowiadają one za około 30 procent produkcji naszej energii elektrycznej. Za dziesięć lat myślę, że będzie to już ponad 50 procent.
Będziemy mieć znacznie więcej mocy w gazie, które będą stabilizować system oparty w coraz większej części na OZE. Będziemy mieć znacznie szybsze tempo wychodzenia z węgla i za dziesięć lat, jeżeli chodzi o moce węglowe, będą one w Polsce pełnić rolę takiej rezerwy awaryjnej. W sytuacjach, w których moce gazowe nie dadzą sobie rady z pokryciem zapotrzebowania, wtedy węgiel będzie wchodził do systemu. Zostanie go kilka gigawatów za dziesięć lat.
Będziemy też tuż przed uruchomieniem mocy jądrowych, które będą wycinać i węgiel, i gaz. Węgiel ostatecznie do końca, gaz będą uszczuplać. Dojdą też zupełnie nowe technologie, takie jak morskie wiatraki, które dosłownie już za kilka miesięcy – jeżeli chodzi o pierwszą farmę Baltic Power – wejdą do polskiego systemu.
Tak więc trendy, które obserwujemy już od około siedmiu lat w polskiej energetyce, będą tylko przyspieszać. To, czy będziemy mieć wtedy 50 czy 60 procent, jest drugorzędne. Chodzi o to, że kierunek jest jasno wyznaczony i będziemy w tym kierunku iść, niezależnie od takich zaklęć politycznych, które czasem dotyczą źródeł odnawialnych.
Tak więc raczej nie wyjdziemy z tego systemu ETS, bo wchodziliśmy do niego na zasadzie dyrektywy. Wyobraża pan sobie w ogóle odejście od czegoś takiego?
Wyobrażam to sobie w sytuacji, w której Polska wychodzi z Unii Europejskiej, bo to jest jedyna opcja. To znaczy to jest jedyna opcja, żeby Polska jednostronnym aktem wyszła spod rygorów dyrektywy ETS. Oczywiście byłaby to katastrofa z wielu względów, ale formalnie jest to możliwość.
Inną możliwością jest zmiana dyrektywy ETS uzgodniona z partnerami w Unii Europejskiej. Do tego może dojść i myślę, że jest całkiem prawdopodobne, że na najbliższym szczycie unijnym 19–20 marca zostaną zaproponowane pewne korekty, jeżeli chodzi o obowiązywanie systemu handlu emisjami. Natomiast nie będzie to porzucenie ETS-u, tak jak jest to teraz przedstawiane w Polsce, tylko jego zmiana. Jedna z wielu zmian, które zaszły na przestrzeni tych 23 lat, odkąd system handlu emisjami w Unii Europejskiej funkcjonuje.