Krótka odpowiedź brzmi - absolutnie nie. Ta dłuższa - mamy do czynienia z cyfrowym samosądem, w którym ktoś wskazał palcem na przypadkowego człowieka, a tłum z wirtualnymi pochodniami ruszył do ataku.
Sprawa jest bardzo poważna. 3 stycznia doszło do dramatu. Komisarz, alkohol, zarzut gwałtu na funkcjonariuszce. To są fakty, nad którymi pracuje prokuratura i biuro spraw wewnętrznych. Internet nie lubi jednak czekać na akty oskarżenia. Internet chce zobaczyć bestię już teraz.
No i zobaczył. Na Facebooku i TikToku lotem błyskawicy rozeszło się zdjęcie mężczyzny w mundurze z podpisem - Uwaga gwałciciel. Pod wpisami setki komentarzy w stylu: paskudny, źle mu z oczu patrzy, albo ciekawe jak ten zboczeniec awansował.
Tu wchodzi z komunikatem komenda stołeczna policji. To nie jest ten człowiek. Ludzie udostępniają wizerunek policjanta, który z tą sprawą nie ma nic wspólnego. Ktoś wyciągnął zdjęcie przypadkowego funkcjonariusza i rzucił go na pożarcie 800 tysiącom domorosłych detektywów. Jeden post na Facebooku został udostępniony ponad 600 razy, a każda osoba klikająca "udostępnij" przykłada rękę do niszczenia życia bogu ducha winnemu mężczyźnie.
Co gorsza, w tę informacyjną pułapkę wpadli nawet starzy wyjadacze. Niektórzy dziennikarze też popłynęli, przypisując winę niewłaściwej jednostce, mimo że policja wcześniej prostowała te doniesienia. Jaki jest morał z tej historii? Jeśli widzisz zdjęcie z wielkim czerwonym napisem "UDOSTĘPNIAJCIE ZANIM USUNĄ", to w 99% przypadków powinieneś zrobić dokładnie odwrotnie.
Należy wziąć głęboki oddech i poczekać na oficjalny komunikat, bo z oczu to nam może źle patrzeć, jak się nie wyśpimy, a nie dlatego, że algorytm tak zdecydował.
Nie bawmy się w sędziów z za klawiatury, bo rykoszetem może dostać ktoś, kto po prostu rano założył mundur i poszedł do pracy.