Sylwia Mansfeld-Leja, artystka, która tworzy obrazy, fotografuje, pisze wiersze, jest także asystentką zdrowienia i dzieli się swoimi doświadczeniami osoby, która doświadczyła schizofrenii. Napisała książkę „Rozważania okołoschizofreniczne”. Jest z nami także mąż Sylwii, Janusz Leja, a gości podejmuje Marzena Florkowska.
Skąd w tobie ta potrzeba twórczości?
Kiedy tworzę, to czuję, że jestem bliżej rzeczywistości. Takiej rzeczywistości może niecodziennej, szarej, rutyny, ale dotykam świata myśli, świata emocji.
Pisanie jest bardzo bezpieczną formą kontaktu, ponieważ kartka jest cierpliwa, papier jest cierpliwy. Mogę napisać wszystko. Jeżeli mi się to nie spodoba, mogę nie pokazać ludziom.
Jeżeli mi się to spodoba, mogę się tym podzielić.
Czy twoja twórczość, wiersze, i obrazy, czy jest związana z twoim doświadczeniem choroby?
Jeżeli chodzi o pisanie, to towarzyszy mi ono wręcz od dziecka. Lubię opisywać różne aspekty rzeczywistości.
Nie zatrzymałam się na chorobie, nie zafiksowałam się w tym. Może z wyjątkiem momentu, kiedy pisałam książkę właśnie „Rozważania okołoschizofreniczne”. Ale w swoich wierszach mówię też do Boga, mówię do ludzi. Rozliczam się sama ze sobą, ze swoimi słabościami. Pisanie jest po prostu bardzo fajną formą relaksu, ale może też mieć jakiś głębszy wymiar duchowy.
Czy pisałaś tak samo w fazie choroby i kiedy jesteś w fazie regresji? Czyli czy choroba ma wpływ na to, jak piszesz?
Choroba nie zmienia mojego sposobu pisania. To już dawno zaobserwowałam i chyba cieszę się z tego, bo dzięki temu to jest w moim życiu coś uniwersalnego, a nie tylko coś, co wynika z patologii.
Teraz masz niesamowite doświadczenie, że te wiersze twoje są czytane przez aktorów Teatru Exit. Powstał taki spektakl Głosy Houston.
To był przepiękny ten spektakl. Byłam zaskoczona, zdumiona. Patrzę, słucham, a tu nagle moje wiersze na scenie.
Te wiersze były powiedziane w taki sposób, że ja je usłyszałam po raz pierwszy w życiu naprawdę. Pomyślałam sobie: „Acha, tak piszesz”. To było bardzo dziwne i bardzo budujące.
To jest cudowne. Ja kocham tych aktorów i Maćka Sikorskiego. Robią fajną robotę, ale że wygrzebali gdzieś taką Sylwię z Nowego Targu? O czymś takim to ja nawet nie marzyłam. Marzyłam, że gdzieś w Nowym Targu przeczytam grupie osób wiersze, że może się tym zainteresują, zainspirują, ale by mi nigdy do głowy nie przyszło, że powstanie spektakl.
Przypomnijmy, że Teatr EXIT, prowadzony i założony i reżyserowany przez Maćka Sikorskiego, to jest teatr, w którym osoby z różnymi niepełnosprawnościami grają i podejmują niesamowicie ważne tematy.
To jest fantastyczne. Jak się dowiedziałam, że jest taki teatr, to zastanawiałam się, jak oni będą grali na scenie, jak oni nie dadzą rady np. z wózka wstać, jak nie widzą. Okazało się, że moje myślenie było bardzo stereotypowe, bo oni nie dość, że dali sobie radę pięknie z tą treścią, to ich sposób wypowiedzi jest w moim odczuciu taki, jakby oni te wiersze, moje wiersze, nie recytowali, tylko wydzielali z siebie.
I to jest nieprawdopodobnie dramatyczne i piękne. Dramatyzm idzie w parze z pięknem. Jestem zdumiona.
Powiedzmy jeszcze o twojej twórczości plastycznej, bo cały wasz dom jest w twoich obrazach, a w tych obrazach dominują oczy. Te oczy towarzyszą tobie w życiu?
Czułam się obserwowana. Czułam się oceniana, bo nauczyciele mieli taką tendencję, żeby traktować mnie jako osobę bardzo inteligentną i przypisywano mi duże intelektualne zdolności. Prawda jest taka, że zdolności mam, ale bardziej takie kreatywne, do tworzenia.
W mniejszym stopniu moja pamięć jest zadowalająca dla mnie samej. Nie potrafię się nauczyć treści, które mnie nie interesują, których nie mogę przyporządkować do żadnych interesujących skojarzeń.
Ale zaczęłaś studia, choć doświadczenie choroby miałaś w wielu 19 lat?
Nie dałam sobie rady na filologii polskiej.
Jak szłam na studia, to byłam niedoinformowana. Myślałam, że studia to polegały w ogromnym stopniu na pisaniu, czytaniu, na prowadzeniu dysput filozoficznych, intelektualnych, opowiadaniu o książkach, o przeżyciach, o interpretacji. Okazało się, że są takie przedmioty i to kluczowe jak gramatyka opisowa, starocerkiewnosłowiański, łacina. I poległam.
To było tak nudne. Jak się rano budziłam i miałam iść na uczelnię, to po prostu czułam taki kamień na plecach. Jestem szczęśliwsza bez studiów.
Papier jest cierpliwy dla mnie. Tak samo jak dla osoby, która ma wyższe wykształcenie. I tak samo mogę iść do sklepu kupić sobie kredki, farbki, jakie kupiłby sobie człowiek, który ma wyższe wykształcenie.
A to czy będę taka, czy owaka, to samo życie weryfikuję i niech zweryfikuje.
Jaką techniką tworzysz obrazy?
Początkowo to były pisaki, markery. Ostatnio odkryłam papier. Mam fajnego sąsiada, który przyniósł mi taką ogromną kopę gazet, ale one nie są byle jakie, tylko one są na takim ładnym śliskim papierze. Potrafię sobie tak godzinami siedzieć i tak wydzierać te malutkie kawałeczki, przyklejać, wydzierać, przyklejać. I to mnie cieszy.
I czuję się wtedy, jakbym miała pięć lat. I to jest cudownie odmładzające. Przynajmniej mentalnie.
Twoja książka o doświadczeniu schizofrenii „Rozważania okołoschizofreniczne”. Jakim doświadczeniem dzielisz się w tej książce?
Pokazuję ludziom, a ewentualnie powiem, że to chciałabym robić, że świat nie jest jednowymiarowy, że jest wielowymiarowy, że w świecie są obecne różne aspekty i od człowieka zależy, na czym on się skupi, na czym się skoncentruje.
Od niego zależy, czy ta przysłowiowa szklanka będzie do połowy pełna, czy do połowy pusta.
Tego cię nauczyła choroba?
Tego mnie nauczyła choroba. Mogę siebie pokazać światu poprzez różne strony, różne aspekty samej siebie.
Gdybym zafiksowała się na chorobie, to OK, bo mówienie o schizofrenii jest na pewno pożyteczne. Ja mimo wszystko częściej mówię o samotności.
Ale samotność boli i doświadczyłaś tego bardzo.
Boli samotność, ale chyba jeszcze bardziej boli wychodzenie z tej samotności ku ludziom. Kiedy się nie udaje, kiedy człowiek kuleje, kiedy upada, kiedy milion razy próbuje jedno i to samo, a to nie przynosi skutku.
Próbuje nawiązać kontakt z innymi ludźmi i ludzie nie nawiązują, nie wychodzą do ciebie?
Kiedy ja próbowałam to, szczerze powiedziawszy, ludzie mnie olewali. Nie mieli mi zbyt wiele do powiedzenia. Oni byli zdrowi, oni byli silni. Ich problemy były zwyczajne, codzienne. Można było z nimi wygrać.
Ze schizofrenią ja nie mogłam wygrać, bo to są problemy niecodzienne.
Przełamałaś w cudowny sposób tę samotność, bo znalazłaś człowieka swojego życia i jemu dedykujesz też wiersze, wiersze miłosne.
Ta miłość spadła tak na was nieoczekiwanie?
Posłuchaj całej rozmowy
WIĘCEJ O TWÓRCZOŚCI SYLWII MENSWELD-LEI czytaj i oglądaj TUTAJ