Zapis rozmowy Mariusza Bartkowicza z posłem PiS, Arkadiuszem Mularczykiem.
Przed kilkoma tygodniami zapowiadał pan, że na początku roku raport o polskich stratach wojennych powinien zostać opublikowany. Ten moment już blisko?
- Tak. Ten moment się zbliża. Większość ekspertów zakończyła swoje prace. Mamy etap zbierania tych prac, recenzji ich przez innych ekspertów. Potem będzie publikacja i przetłumaczenie raportu na języki angielski i niemiecki. Przed nami 3 miesiące prac. Pod koniec marca lub na początku kwietnia raport zostanie opublikowany. To będzie ważny raport. On pokaże wszystkim Polakom i Europejczykom, jakie skutki miała II wojna dla naszej gospodarki, demografii. Niemcy się z tego nie rozliczyli z nami. Pokaże to skalę zniszczeń, strat i wielkiej grabieży, z których Niemcy się nie rozliczyły. My to odczuwamy do dzisiaj. Warto do tego tematu wrócić i pokazać Polakom, że stan naszej gospodarki i infrastruktury jest pochodną braku odszkodowań za II wojnę. Do dzisiaj obywatele Polski, którzy przeżyli wojnę, nie mogą się doczekać na odszkodowania, w sytuacji gdy takie odszkodowania do dzisiaj otrzymują Żydzi.
Jeżeli raport zostanie opublikowany na przełomie marca i kwietnia to będzie to na miesiąc przed wyborami do Europarlamentu, w środku gorącej kampanii. To dobrze?
- Ten raport jest tworzony od roku. On dotyczy skomplikowanych zagadnień. Ten termin nie jest specjalnie wybierany. On wynika z pragmatyki pracy. Te zagadnienia wymagają czasu i analiz. Po 1989 roku nie było żadnej instytucji w naszym kraju, która by się pokusiła o takie analizy. Czy będzie to marzec, kwiecień, maj czy czerwiec, nie jest to zaplanowane. Wynika to z pragmatyki pracy.
Jeśli wnioskiem z tego raportu będzie oczekiwanie, by Niemcy zapłaciły Polsce reparacje wojenne i taka informacja będzie krążyć w opinii publicznej, stanie się to tematem kampanii. Z perspektywy PiS jest to pożądane?
- Kadencja sejmowa ma 4 lata. W czasie kadencji mieliśmy wybory do samorządu. W maju będą wybory do Europarlamentu, potem do parlamentu. Taki jest okres wyborczy. Trudno dopasować prace nad raportem do wyborów. Okres kadencji Sejmu jest krótki. Praca jest ważna. W historii raport z 1947 roku trwał dwa lata. Potem nie było takiego raportu. Prace nad naszym raportem trwają od około roku. To nie jest długo. Bierzmy pod uwagę zakres prac. Są też rzeczy nowe, rzeczy, o które państwo powinno się upomnieć. Ten termin nie jest intencjonalny. Myśmy się do raportu zabrali na początku 2018 roku. Polska Fundacja Narodowa to finansuje. Trzeba było zebrać grupę naukowców, recenzentów. To duże przedsięwzięcie.
Pan będzie jedną z lokomotyw małopolsko-świętokrzyskiej listy PiS do Europarlamentu?
- Nie ma decyzji w tym zakresie. One zapadną w ciągu miesięcy.
Pan by chciał kandydować?
- To decyzje władz PiS. Wszyscy czekamy na jak najlepsze decyzje dla wyniku wyborczego.
Czyli jeśli prezes Kaczyński pana o to poprosi, nie uchyli się pan?
- Na dzisiaj nie ma decyzji. Poczekajmy.
Rzeczpospolita pisze, że Bruksela oczekuje przedstawienia do akceptacji przez polski rząd ustawy zamrażającej rachunki za energię elektryczną. Jest taka obawa, że jak Komisja Europejska potraktuje te rekompensaty dla firm energetycznych jako pomoc publiczną, to będzie to problem dla sektora energetycznego i prządku prawnego w Polsce?
- Ta sprawa pokazuje rzecz niebywałą. W naszym kraju są siły polityczne na opozycji, dla których troska rządu o to, żeby obywatele nie płacili więcej za prąd, jest problemem. Opozycja chce wyższych opłat, żeby to wpłynęło na proces wyborczy i poparcie dla rządu.
Pan ma wiedzę, że ta reakcja Brukseli jest spowodowana działalnością opozycji w Polsce?
- Nie mam co do tego wątpliwości. Wiele środowisk na opozycji, nie myślę tylko o PO, robi wszystko, żeby z pozycji UE i instytucji europejskich sypać piach w koła. Widzimy to przy reformie sprawiedliwości. Są decyzje TSUE. Widzimy to też przy podwyżkach cen za prąd. To przeszkadza opozycji.
Przyzna pan, że uchwalanie tej ustawy na ostatnią chwilę, w kilkadziesiąt godzin, nie dawało szans, żeby projekt tego prawa skonsultować z urzędnikami z Komisji Europejskiej.
- Czego się pan spodziewa? Pozytywnej opinii urzędników Komisji?
Czyli wychodzili państwo z założenia, że nie warto ich pytać, bo i tak by byli na nie?
- To chyba oczywiste, że Komisja nie chce pomagać Polsce. Oni chcą nam utrudnić rządzenie. Ustami prominentnych polityków mówiono, że ich celem jest walka z rządem PiS. Chodzi im o własne stołki. W UE zmienia się podejście do wielu rzeczy. W wielu krajach dochodzą do głosu siły, które kontestują układ panów Tuska, Timmermansa i Junckera. Te siły się bronią przed rządami, które kontestują obecny kształt UE. Jest to walka polityczna. Tak to należy oceniać. Coś co służy rządowi PiS, będzie atakowane.
Teraz Nowy Sącz. Krytycznie ocenia pan pierwsze tygodnie pracy nowego prezydenta Nowego Sącza, Ludomira Handzla. Mówił pan w Radiu Kraków, że chętniej współpracuje on z totalną opozycją niż z PiS. Mówił pan też, że układ byłego prezydenta Ryszarda Nowaka, zastępuje układ Ludomira Handzla. To oznacza, że nie widzi pan już szans na współpracę PiS z nowym prezydentem?
- Od początku wyciągaliśmy rękę do pana Handzla. To było odrzucane. Ze strony pana Handzla, poza medialnymi zapowiedziami, nie ma woli współpracy. Widzimy czystki w strukturach miasta. Problem w tym, że o ile prezydent może dobierać współpracowników, obiecywał transparentne konkursy. Widzimy jednak, że wygrywają je ludzie, którzy atakowali PiS. To na przykład pani Belska.
To była członkini PiS.
- Która bardzo zaszkodziła PiS w ostatnich wyborach. Szefem Rady Nadzorczej została pani Borkowska, dyrektor biura poselskiego Andrzeja Czerwińskiego, posła PO. Szefem straży miejskiej został były funkcjonariusz SB. Chcemy wspierać Nowy Sącz, tworzyć dobre inicjatywy, ale ze strony prezydenta nie ma żadnej woli współpracy. Widać to też w Radzie Miasta. Przez kilka miesięcy prezydent nie zaszczycił Rady swoją obecnością. Potem był styl zachowania wysokich urzędników wobec radnych. To styl z brutalnego biznesu. On się sprawdzi w samorządzie? Mam wątpliwości. Miasto to otoczenie, współpraca z gminami, samorządem, rządem. To co będzie dobre w biznesie, niekoniecznie będzie dobre w samorządzie.
Zapytam jeszcze o inwestycje. W poniedziałek ma zostać podpisana umowa na zaprojektowanie pierwszego etapu linii Podłęże-Piekiełko. Daleko nam jednak do takiego momentu, jeśli chodzi o budowę Sądeczanki.
- Za kadencji rządu PiS obie te wielkie inwestycje, czyli kolej Podłęże-Piekiełko i Sądeczanka, zostały wpisane na listę rządową. Jest finansowanie. Rząd przeznaczył środki na realizowanie tego. Dzisiaj mamy do czynienia z procedowaniem nad tymi projektami. My robimy wszystko, żeby to procedowanie było jak najszybsze. Nie mamy wpływu na to, czy kreska na mapie będzie postawiona dobrze, czy źle. Nie mamy wpływu, jak szybko zapadają decyzje. My robimy wszystko, żeby te inwestycje miały finansowanie, były realizowane. One będą. Chcemy zrobić wszystko, żeby to było jak najszybciej. To strategiczne inwestycje dla Małopolski i kraju.