Został pan ponownie wybrany na szefa małopolskich struktur Koalicji Obywatelskiej. To pomaga czy przeszkadza w zarządzaniu miastem?
- Szczerze mówiąc, nie zastanawiałem się nad tym w tych kategoriach. Byłem jedynym kandydatem, zostałem wybrany. Na pewno wzmacnia to pozycję w Warszawie, jeżeli chodzi o negocjacje różnych ważnych rzeczy, które Kraków musi uzgadniać z rządem. To jednak lider całej Małopolski, który jakoś się w tej Warszawie liczy, a dla Krakowa często trzeba w rządzie coś wywalczyć. Pod tym kątem nierozdzielanie tych funkcji ma sens.
Ale bardzo łatwo politycznie skleić prezydenta ze środowiskiem, z którym jest związany.
- Nie chciałbym się odklejać. Jestem w Platformie (dziś w Koalicji Obywatelskiej) od parunastu lat, może nawet prawie dwudziestu. Nigdy wcześniej nie byłem w żadnej innej partii i do innej też chyba nie zamierzam nigdy wstąpić.
Były prezydent Tarnowa zawiesił jednak swoje członkostwo.
- Każdy ma prawo podejmować własne decyzje. Ja jestem związany z KO. Jasne, że to partia, która czasem popełnia błędy. Nie ze wszystkim trzeba się zgadzać, ale jest najbliższa moim poglądom.
Skoro zaczęliśmy od wizerunku – czy ma pan wrażenie, że nie trafił pan w społeczne oczekiwania Krakowian? Jan Hoffman, inicjator referendum, mówił w Radiu Kraków, że Krakowianie chcieliby prezydenta nobliwego i poważnego, a nie tańczącego na dachu czy filmowanego na imprezach. Że nie wpisuje się pan w poczet wielkich prezydentów Krakowa.
- A jednak to mnie Krakowianie wybrali, a nie kogoś innego, choć mieli do wyboru kilku kandydatów. Moim zdaniem oczekiwali właśnie zmiany, czyli nowej energii i nowoczesności. Jestem człowiekiem, jakim byłem, i nie zamierzam udawać kogoś innego. Jeżeli pan Hofman ma z tym problem, to jest jego problem.
Nie słyszę od Krakowian takich zarzutów. Słyszę oczywiście, że popełniam błędy, że nie zawsze podobają im się moje decyzje, i dlatego wprowadzamy korekty. Krakowianie wybrali mnie, wiedzieli, kogo wybierają.
Taki mieli wybór, bo to była druga tura.
- Ale mogli wybrać kogoś innego, żeby wszedł do drugiej tury. Wybrali akurat dwóch młodych kandydatów.
Jak pan przyjął badanie, w którym został pan oceniony gorzej od poprzednika, Jacka Majchrowskiego?
- A które to badanie?
Jedno z badań pokazywało, że Krakowianie…
- Ale proszę je nazwać.
W tym momencie nie pamiętam nazwy sondażowni.
- To ostatnie? Zamówione przez mojego kontrkandydata?
Być może.
- No właśnie. Według tego badania, przeprowadzonego 20 lutego, 27 procent Krakowian podpisało wniosek referendalny, czyli 160 tysięcy osób. Niech pan sobie odpowie, jaka jest jakość tego badania.
Nie oceniajmy jakości badania, ale jaki to dla pana sygnał?
- To badanie jest nierzetelne, zlecone przez mojego kontrkandydata, więc nie jest żadnym sygnałem. Jeżeli wynika z niego, że trzy razy więcej osób podpisało wniosek referendalny, niż realnie podpisało do tamtego momentu, to znaczy, że nie jest rzetelne. Jeżeli jest zamówione przez kogoś, dla kogo ta sondażownia pracuje na bieżąco i pomaga w kampanii, to jak mam się do tego odnosić? Gdybym zobaczył rzetelne badanie, mógłbym je komentować, ale tych badań nie ma sensu komentować.
Dzisiaj w polityce strony często zarzucają sobie brak rzetelności.
- Proszę sprawdzić, kto to badanie zamawiał, i ile osób 20 lutego faktycznie podpisało wniosek referendalny. Przecież to jest trzy razy więcej.
W przedreferendalnym momencie następuje wielka korekta: Strefa Czystego Transportu, parkowanie w niedzielę w strefie A, ceny biletów komunikacji miejskiej. Co jeszcze pan zaproponuje, by zmienić nastroje społeczne?
- Tu nie chodzi o zmianę nastrojów społecznych. Jedni w dalszym ciągu mnie popierają, inni nie. Część osób podpisuje wniosek referendalny i to szanuję. Wsłuchuję się w głosy mieszkańców.
Akurat tak się stało, że na przełomie grudnia i stycznia skumulowało się kilka trudnych decyzji. Od roku słyszałem, że brakuje pieniędzy na komunikację, że kursy są za rzadko, że jest przepełniona. Ale żeby pokryć koszty lepszej oferty, trzeba więcej pieniędzy. I jest jeszcze Strefa Czystego Transportu, która była ustawowym obowiązkiem od 1 stycznia. Rzeczywiście skumulowało się trochę ciężkich decyzji.
Wsłuchujemy się więc w głosy mieszkańców. Mieszkańcy mówią: kierunek tak, ale w szczegółach nie to. Trzeba więc z pewnych rzeczy się wycofać albo je skorygować i iść do przodu.
To jest tak: część Krakowian mówiła, żeby zwolnić mieszkańców z niedzielnej strefy płatnego parkowania i ostatecznie tak będzie. Ale przedwczoraj była ławka dialogu w dzielnicy I i mieszkańcy mówili: dlaczego pan teraz zwalnia, skoro było już dobrze, bo wszyscy musieli płacić? Odpowiadam: szukamy kompromisów. 80 procent turystów i przyjezdnych wjedzie i zapłaci, więc będzie mniejszy ruch i jakieś wpływy dla miasta będą. Ale tych, którzy chcą przyjechać tylko do kościoła czy restauracji, zwalniamy, bo skoro płacą podatki, to niech mają ulgę. Szukamy optymalnych rozwiązań. Czasem się popełnia błędy i trzeba je później skorygować.
Ale Starowiślnej już pan nie będzie korygował, nawet jeśli będzie jeszcze głośniej?
- Tu nie chodzi o to, jak głośno jest, tylko o podejmowanie racjonalnych decyzji. Na Starowiślną mamy 82 miliony złotych z Feniksa. Jest wydana decyzja środowiskowa, projekt zaakceptowany i fatalny stan torowiska. Wszyscy pamiętają, jak szyna wbiła się w tramwaj. Owszem, w lutym trochę to torowisko naprawiliśmy, ale ono długo nie wytrzyma. Jeżeli w tej chwili byśmy się z tego wycofali, to tracimy prawie sto milionów złotych i dwa lata. Kto zwróci te pieniądze i ten czas?
Zwolennicy dwukierunkowego ruchu przypominają, że Kraków już rezygnował z dotacji.
- Ale z jakich dotacji? Na basen olimpijski? Dobrze, ale to są dotacje ministerialne. Nie rezygnowaliśmy z nich dlatego, że wycofaliśmy się z basenu olimpijskiego, tylko dlatego, że ta lokalizacja była oprotestowana przez mieszkańców. Jeszcze jako radny na Dębnikach obiecałem mieszkańcom, że jeżeli kiedyś będę miał na to wpływ, to basen nie powstanie na osiedlu domków jednorodzinnych. Zresztą ta dotacja nie była aż tak duża. Uważam, że w przypadku Starowiślnej sytuacja po prostu wygląda inaczej.
Sprawa jest zamknięta i nie będzie już żadnej dyskusji?
- Szanuję głos mieszkańców, rozumiem ich obawy. Zawsze ciężko jest przyzwyczajać się do zmian. Ale tutaj racjonalne argumenty wskazują, że tak musi zostać. To nie była moja decyzja, pewne decyzje po prostu dziedziczę po prezydencie Majchrowskim – z podpisanymi umowami i przyznanym finansowaniem. Rządzę półtora roku.
Tak samo z kładką Ludwinów–Kazimierz. To też jest dotacja, którą dostaliśmy jeszcze za czasów prezydenta Majchrowskiego. Jest projekt, firma weszła. Niektórzy chcą, żebym się wycofał. I co? Zburzył to, co już jest? Stracił znowu prawie sto milionów? To nie jest takie łatwe.
Plan ogólny i strategia miasta. Przewodniczący Rady Miasta Jakub Kosek mówi, że gdyby teraz, przed referendum, zacząć konsultować plan i strategię, mielibyśmy festiwal populizmu, ze szkodą dla miasta. Kiedy poznamy szczegóły? W wakacje?
- Pracujemy nad tym. Uważam, że to najbardziej strategiczny dokument w mieście. Zresztą nie tylko ja tak uważam – po prostu tak jest.
Jako jedno z niewielu miast idziemy drogą dwutorową, bo oprócz planu ogólnego piszemy też strategię, praktycznie na nowo. Na początku miała być korekta, a dziś zamieniła się ona w prawie nową strategię. To są dokumenty, które wyznaczają kierunki rozwoju miasta do 2050 roku, jeśli mówimy o strategii, więc nie można tu popełnić błędów.
Oczywiście kampania referendalna nie jest dobrym momentem na dyskusję o takim dokumencie, bo każdy będzie próbował to wykorzystać politycznie. Ale nie tylko o to chodzi. To jest proces. Ministerstwo wydłuża czas, mamy sygnały, że może zostać jeszcze wydłużony. Dla mnie najważniejsze jest to, żeby dokumenty były po prostu bardzo dobre.
Wczoraj na Radzie Miasta dyrektorzy Solecki i Łasocha prezentowali cały proces dochodzenia do tych dokumentów, wszystkie niuanse. Co tydzień mamy spotkania w sprawie strategii i planu ogólnego. Naprawdę jest tam bardzo dużo pracy.
Idąc tym tokiem myślenia, może nigdy nie będzie ustawowego czasu na dyskusję, bo zawsze będzie jakiś polityczny moment. A czasu było już trochę.
- Było trochę czasu, ale – jak mówię – my piszemy strategię i plan ogólny. Dostaliśmy najwięcej spośród wszystkich miast uwag i wniosków do planu – kilkadziesiąt tysięcy. Każdy z tych wniosków trzeba merytorycznie rozpatrzyć i sprawdzić, czy można się do niego przychylić, czy nie. Chyba mieszkańcy nie chcieliby, żebyśmy losowali, które wnioski rozpatrujemy, a które nie.
W innych miastach było po kilkaset albo tysiąc czy dwa tysiące wniosków. My mieliśmy ich, jeśli dobrze pamiętam, około 25 tysięcy. To jest ogrom pracy.
Oczywiście jeżeli referendum by się powiodło, choć ja w to nie wierzę, to byłby chaos, bo te dokumenty będą czekały. Zresztą nie tylko one, ale i wiele innych decyzji, jak choćby metro, które procedujemy. Ale to już jest decyzja mieszkańców. Znają plusy i minusy.
Mówi pan, że nie wierzy w powodzenie referendum. Dlaczego?
- Wierzę w to, że korekty, które wykonuję, i moja ciężka praca dla Krakowian na koniec przekonają ich do tego, żeby w tym dniu nie głosować za moim odwołaniem.
Czyli to będzie taka strategia? Nie pójdzie pan śladem Jacka Karnowskiego, tylko raczej będzie pan przekonywał?
- Na razie nie zdradzam żadnej strategii. Powiedziałem tylko, że przekonam mieszkańców, by nie głosowali za moim odwołaniem.
Pracują z panem doradcy byłej prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz?
- Radzę się wielu różnych mądrych ludzi.
Czyli także tych osób.
- Różnych, mądrych osób. Naprawdę.
Jeszcze wrócę do spraw miejskich. Punktowe zablokowanie planu na Kazimierzu, żeby powstrzymać budowę hotelu, a do tego wpisanie hotelu Forum do rejestru zabytków. Jakie to są sygnały dla inwestorów w Krakowie?
- Na wpisanie czegoś do rejestru zabytków gmina ma ograniczony wpływ. W przypadku ulicy Józefa i Bożego Ciała jest głębszy problem. Nie chodzi nawet tylko o jeden budynek czy kompleks budynków, ale o to, co ma się stać z krakowskim Kazimierzem.
Jestem przeciwny turystyfikacji i gentryfikacji. Nie jestem przeciwny turystyce – żeby była jasność. Uważam, że to ważna i dochodowa gałąź funkcjonowania miasta i trzeba ją rozwijać. Ale musimy robić to z głową i zachować równowagę.
Ulica Józefa i ten kwartał mają prawie 300 metrów długości. Nie wyobrażam sobie, żeby na tych 300 metrach powstał, na przykład, Sheraton.
Dlaczego punktowo, a nie w całości?
- Dlatego, że w całości trwałoby to dwa albo trzy razy dłużej. A my walczymy z czasem, jeżeli chodzi o ten konkretny kompleks. Oczywiście zleciłem również analizę całego Kazimierza - czy podobne problemy mogą się jeszcze gdzieś pojawić; zresztą nie tylko Kazimierza. Tę analizę już mam. Wiemy, gdzie ewentualnie jeszcze trzeba będzie działać. Ale jeśli rozgrzebiemy cały plan dla Kazimierza, to potrwa to trzy razy dłużej niż dla jednego kwartału.
Czyli jeśli będzie trzeba, to będą takie działania punktowe?
- W tym momencie punktowe. Ale analizujemy i sprawdzamy, gdzie jeszcze potrzebne będą tego typu zmiany w całym Starym Mieście. Zobaczymy, czy będziemy podchodzić punktowo, czy całościowo.