Impuls do zmiany przyszedł z zupełnie nieoczekiwanej strony. Gdy dzieci Małgorzaty weszły w wiek nastoletni, wspólne wakacje przestały być źródłem radości. Pewnego dnia usłyszała od nich: „Daj nam pieniądze, pojedziemy same, a ty rób, co chcesz”. To był moment zatrzymania.
– Zadałam sobie pytanie, czego ja tak naprawdę chcę – wspomina. – Wiedziałam, że pociąga mnie przygoda, natura, coś surowego, namioty, survival.
Przypadkowe „scrollowanie” internetu zaprowadziło ją do oferty wyprawy do Botswany. Afryki nigdy nie miała wpisanej w realne plany.
Botswana jak Mazowsze – tylko z lwami
Pierwsze zaskoczenie przyszło zaraz po przylocie. Botswana nie okazała się egzotycznym chaosem, lecz krajem, który… przypominał Mazowsze.
– Płasko, dużo zieleni, otwarte przestrzenie. Poczułam się trochę jak u cioci pod Przasnyszem – śmieje się Małgorzata. – Tylko że zamiast krów były słonie, zebry i lwy.
To poczucie swojskości połączone z dziecięcą fascynacją przyrodą sprawiło, że Botswana od razu stała się miejscem „do życia”, a nie tylko do odwiedzenia. Wbrew europejskim stereotypom Botswana jest jednym z najbezpieczniejszych krajów Afryki. Nie ma obowiązkowych szczepień, przypadki malarii są rzadkie, a turystyka – szczególnie safari – jest ściśle kontrolowana.
– To nie jest wyprawa na koniec świata. Kupujesz bilet, lecisz długo, ale na miejscu ktoś cię odbiera, prowadzi i się tobą opiekuje – tłumaczy.
Oczywiście, są momenty, które podnoszą poziom adrenaliny: bawoły krążące nocą wokół obozu, słonie przechodzące kilka metrów od namiotu czy nieoczekiwane spotkania z dzikimi zwierzętami. Jednak – jak podkreśla – wszystko jest do ogarnięcia, jeśli zna się zasady i zachowania zwierząt.
Safari bez tłumów
Doświadczenia z Kenii tylko utwierdziły ją w przekonaniu, że safari safari nierówne. Tam – tłumy samochodów, wyścigi, hałas i presja „szybkiego zdjęcia”. W Botswanie jest odwrotnie.
– Jest duża szansa, że przy stadzie lwów będziesz zupełnie sam. Bez pośpiechu, bez kolejki, bez krzyków – mówi.
To efekt świadomej polityki państwa, które postawiło na mniejszy, ale bardziej odpowiedzialny ruch turystyczny. Jest drożej, ale doświadczenie ma zupełnie inną jakość – niemal duchową.
Odwaga, emocje i kobieca siła
Z tych doświadczeń narodził się projekt Bush Bonds. Początkowo był pomysłem skierowanym do kobiet – pokazującym, że można robić rzeczy uznawane za „szalone”.
– Chciałam pokazać, że strach i ekscytacja to często to samo pobudzenie, tylko inaczej nazwane – tłumaczy psycholożka.
Safari stało się dla niej naturalnym poligonem do pracy z emocjami: z lękiem, stresem, adrenaliną. Po trudnej sytuacji napięcie opada, a w jego miejsce pojawia się poczucie sprawczości.
– Jeśli nazwę to „przygodą”, mózg zaczyna współpracować, a nie uciekać – dodaje.
Życie w Botswanie to także konfrontacja z codziennymi trudnościami jej mieszkańców. Bezrobocie sięga niemal 27%, wielu ludzi walczy o podstawowe potrzeby: zbiera drewno na opał, poluje na ptaki, by mieć mięso na obiad.
– To uczy pokory. Wracam do Polski i myślę: my naprawdę mamy szczęście – mówi. – Mój patriotyzm bardzo urósł.
Botswana stała się dla niej nie tylko domem, ale i lustrem, w którym widać wyraźniej wartość cywilizacji, bezpieczeństwa i stabilności.