Statystyki są bezlitosne. Co trzeci Polak szuka diagnozy w sieci. Prym wiodą tu młode kobiety, głównie między 25 a 44 rokiem życia. Tutaj wchodzi OpenAI całe na biało ze swoim nowym narzędziem analizującym zdrowie. Zanim wyrzucimy termometry i domowe apteczki, pamiętajmy o jednym. Chatbot nie składał przysięgi Hipokratesa. On składa co najwyżej przysięgę algorytmu. Ona z dbałością o nasze tętno ma naprawdę niewiele wspólnego.
Dlaczego w Polsce i w Unii Europejskiej na razie nie pogadamy z tym cyfrowym lekarzem? Nasze prawo, czyli słynny AI Act i RODO, traktuje dane medyczne jak świętość. OpenAI wie, że u nas nie przejdzie numer pod tytułem - "wrzuć nam skan dokumentacji, a my coś tam podpowiemy".
Jest też haczyk prawny. Używając takiego czata, nie jesteśmy pacjentem. Jesteśmy konsumentem. Jeśli bot się pomyli i zamiast syropu na kaszel doradzi nam coś, co skończy się na SOR, firma po prostu rozłoży ręce i powie, że przecież to była tylko edukacja.
Testy pokazują jasno. Jeśli zapytamy o to samo cztery różne boty, dostaniemy cztery różne opinie. Jeden pocieszy, drugi nas nastraszy, a trzeci zacznie po prostu halucynować.
Musimy też uderzyć się w nasze ludzkie piersi. Często to my prowadzimy bota za rękę prosto w błąd. Jeśli zapytamy go, dlaczego ten lek jest trujący, bot zrobi wszystko, żeby udowodnić nam, że mamy rację. Przytaknie nam nawet wtedy, gdy wymyślimy, że okłady z surowych ziemniaków leczą otwarte złamania.
Prawda czy fejk? Prawdą jest, że AI potrafi błyskawicznie przeszukać ocean wiedzy. Fejkiem jest jednak przekonanie, że to narzędzie zastąpi nam stetoskop. Na razie sztuczna inteligencja to taka bardzo oczytana koleżanka, która przeczytała wszystkie podręczniki świata, ale nigdy nie widziała żywego człowieka na oczy.