Zbigniew Sipiora wyjaśnia, że spółdzielnia stara się o dofinansowanie na montaż balkonów w ramach programu rewitalizacji dla tego budynku. Jednak jak przyznaje prezes TSM to mogłoby zapewnić 45 procent kosztów inwestycji, pozostałe musieliby pokryć mieszkańcy. "W spółdzielni nie ma innych środków niż pieniądze lokatorów" - mówi.
Sipiora dodaje, że podobnie jak w przypadku innych inwestycji, spółdzielnia mogłaby założyć za mieszkańców ich część kosztów na zakup i montaż balkonów. Lokatorzy spłacaliby je później w czynszu na przykład przez 5-10 lat po kilkadziesiąt złotych miesięcznie. Nie wiadomo jednak czy na to przystaną, bo już teraz narzekają na wysokie opłaty.
Jest jeszcze jeden problem. Nie wszyscy mieszkańcy bloku przy ulicy Lwowskiej chcą balkonów, a prezes spółdzielni podkreśla, że jeśli większość mieszkańców będzie chciała balkonów to zrealizują je dla całego bloku. To oznacza, że ci, którzy nie są entuzjastami tego pomysłu, też musieliby płacić za balkony.
To może nie spodobać się mieszkańcom Lwowskiej 37. Prezes Tarnowskiej Spółdzielni Mieszkaniowej podkreśla jednak, że ostateczne koszty są zależne od wybranej technologii i efektów starań o dofinansowanie w ramach programu rewitalizacji koordynowanego przez tarnowski magistrat. Dlatego sprawa nie rozstrzygnie się szybko. Nie ma też co liczyć na dofinansowanie unijne, bo balkony nie są elementem termomdernizacji.
Lokatorzy z Lwowskiej 37 mówią, że ich blok jako jedyny w całej okolicy nie ma balkonów. "Nawet nie możemy wyjść ten krok na balkon, odpocząć, wywiesić sobie prania. To też jest ważne dla samej estetyki tego bloku, bo to jest takie komusze budownictwo. Żyjemy w centrum Tarnowa, przy ruchliwych ulicach, od strony podwórka jest trochę zieleni. Jeśli będzie jeszcze balkon i będzie sobie można na nim usiąść przez chwilę to będzie dobrze. Pomysł podoba mi się bardzo, tylko jeśli przez 50 lat nie potrafili zrobić balkonów to nie myślę, że w tym momencie są w stanie cokolwiek zrobić. Oczywiście chciałabym mieć balkon, bo mam małe dziecko, ale nie stać mnie żeby zapłacić 10 tysięcy złotych" - mówią.
(Bartłomiej Maziarz/ko)