Koty, jak to koty, lubią się załatwaić do piasku i trudno je za to winić. Winić należy ludzi, którzy o tym nie pomyśleli i tak plac zabaw stał się placem obaw.
Jest kolorowy, ładny, wesoły i kosztował mnóstwo pieniędzy. Trzeba było wydać odrobinę więcej i zrobić zasuwane zamknięcie piaskownicy.
Plac otwierano z wielką pompą, chwaląc się na prawo i lewo wspaniałą inicjatywą. Szkoda jednak, że wcześniej nie sprawdzono przekroju wiekowego mieszkańców osiedla. Wówczas, na kilkaset mieszkań wokół placu, dzieci w stosownym wieku było...troje. Dziś jest dwójka maluchów poniżej roku i trójka od roku do 10 lat, ale rodzice, którzy widzą co się tam dzieje, raczej bawić się im nie pozwolą. Na plac przychodzą więc dzieci z sąsiednich ulic, choć bliżej mają dwa inne place zabaw, to tu jest dużo zieleni i spokojnie.
Spokojnie oczywiście przestaje być dla mieszkańców - w zdecydowanej większości powyżej 60 roku życia, kilka osób jest ok.90-tki, a jeden pan skończył 100 lat.
Popołudniami i wieczorami plac zabaw dla dzieci staje się miejscem spotkań nastolatków palących papierosy i posługujących się rynsztokowym językiem, a nocami ławki okupują nieco starsi koledzy owych nastolatków pijąc, paląc i ćpając.
W piaskownicy znaleźć więc można ciekawe rzeczy: niedopałki, puszki po piwie, flaszki po wódce, kocie kupy i niestety również zużyte strzykawki. Strach pomysleć, czym mogą się zarazić bawiące się tam dzieci.
Z okna , na plac zabaw spogląda trzylatek. Pewnie chciałby pobawić się z dziećmi, ale jego tata mówi stanowcze nie. Wie co mówi, bo widzi co się tam dzieje w dzień i w nocy. Widział też maluszka siedzącego w piaskownicy, który jedną rączką trzymał strzykawkę, a drugą wpychał do buzi peta...