Ja już dawno na sprawę machnęłam ręką. Po prostu w ostatni piątek miesiąca wieczorem nie wychodzę z domu, nie chodzę na imprezy kulturalne i nie odwiedzam krewnych i przyjaciół. Jednak nie zawsze takie rozwiązanie jest możliwe.
Mój znajomy miał tego dnia umówioną wizytę u lekarza, wybitnego specjalisty, u którego terminów się nie wybiera, ale z wdzięcznością przyjmuje. Miał do niego zawieźć 90-letniego ojca, pana fizycznie wprawdzie w miarę sprawnego, ale z początkami demencji i stanami depresyjnymi, bardzo źle reagującego na wszelkie nieprzewidziane sytuacje. O przejeździe rowerzystów nie wiedział, bo nie każdy ma obowiązek zapoznawania się z wszystkimi absurdalnymi pomysłami, a gdyby nawet wiedział, to alternatywnej trasy i tak nie mógł wybrać. I tak trafił na gigantyczny korek, hałas, trąbienie i dzwonienie, na co starszy pan zareagował atakiem paniki. Znajomy chciał zaskarżyć organizatorów masy, ale dwa tygodnie później jego ojciec zmarł. Zajął się pogrzebem i nie miał już głowy do chodzenia po sądach.
Rowerzyści chcą swoim protestem zwrócić uwagę, tylko kogo i na co? Miasto od kilku lat robi dla nich wszystko, buduje ścieżki rowerowe zajmując chodniki pieszym, a kierowcom miejsca parkingowe. Mogą poruszać się po drogach bez uprawnień, a więc nikt nie weryfikuje ich znajomości kodeksu drogowego. Nie mają identyfikatorów, a więc gdy spowodują wypadek nie można ich namierzyć.
Jeśli chcą na siebie zwrócić uwagę pieszych i kierowców, to niech zrobią to w sposób sympatyczny, a nie doprowadzający wszystkich do furii. Od czego zacząć? Nie rozjeżdżać pieszych na chodnikach i nie wjeżdżać na pasy pod koła samochodów. I być miłym dla innych uczestników ruchu. A zamiast blokować centrum miasta, zorganizować akcję rozdawania kierowcom naklejek: " lubię rowerzystów".
Może tym razem się uda, czego rowerzystom, kierowcom i pieszym życzę.