W piątek kolejny raz okazał się najlepszy w ekipie Energylandii. Od utytułowanego Katarczyka okazał się wolniejszy o 3.55. Marek Goczał i Maciej Marton stracili do Eryka 1.18, a Michał Goczał z hiszpańskim pilotem Diego Ortegą otrzymali pół godziny kary i zajęli 38. miejsce.
- Organizator naprawdę przygotował dobry finał tego rajdu, bo dzisiaj było wszystko. Bardzo technicznie w kanionach, między wielkimi głazami. Bardzo dobrze nam poszło, jeden kapeć, jeden mały błąd nawigacyjny, ale jestem zadowolony. Jest trochę przykro, że Dakar już się kończy, ale jeszcze jutro musimy się skupić, bo jestem przekonany, że organizator na koniec coś wymyśli – przekazał na mecie Eryk.
Jego tata Marek przyznał, że chciał na przedostatnim etapie walczyć o podium, ale zażartował, że i tak bardziej boli go porażka z synem.
- Rano był plan full atack, jeszcze medalik chcieliśmy przywieźć na koniec. Zaatakowaliśmy pełnym gazem, ale już na piątym czy ósmym kilometrze walnęliśmy w takiego głaza, że auto nam zgasło, zrobiło się czarno przed oczami i bałem się, że w ogóle nie dojedziemy. Więc trochę odpuściliśmy, żeby dowieźć to nasze miejsce w generalce do mety. Tyle, że „zieloni” (taki kolor ma samochód Eryka – PAP) nam minutę wklepali, więc jutro się z nimi porachujemy – podkreślił z uśmiechem.
Przed ostatnim, krótkim etapem wokół Janbu, niemal pewny szóstego zwycięstwa w karierze, ale pierwszego za kierownicą Dacii może się czuć Al-Attiyah, który w klasyfikacji generalnej ma bezpieczną przewagę 15.02 nad Hiszpanem Nanim Romą (Ford). Ciekawie zapowiada się walka o trzecie miejsce, bowiem zajmującego tę pozycję Szweda Mattiasa Ekstroema (Ford) od czwartego Francuza Sebestena Loeba (Dania) dzieli 29 sekund.
Po awansie o dwa miejsca najwyżej z polskich załóg, na 13. pozycji, klasyfikowani są Marek Goczał z Martonem.
W rywalizacji motocyklistów wielką klasę pokazał w piątek Brabec. Amerykanin zaatakował prowadzącego w rajdzie Argentyńczyka Luciano Benavidesa (KTM) i ma teraz nad nim 3.20 przewagi, której nie powinien już stracić na ostatnim krótkim odcinku. Jeśli tak będzie, to wygra Dakar po raz trzeci.
Konrad Dąbrowski (KTM) był na etapie 21. ze stratą 40.27 do Brabeca. W klasyfikacji generalnej Polak utrzymał 13. pozycję, pozostał też czwarty w klasie Rally 2. Przyznał, że i w piątek nie ominęły go „przygody”.
- Już obudziłem się chory i nie miałem za bardzo siły na jazdę. A na 40. czy 50. kilometrze wkręcił mi się drut w tylne koło. Upadek nawet nie był groźny, ale straciłem trochę czasu, żeby go wyjąć. Jak wykręcałem ten drut, to zacząłem się zastanawiać, czy ludzie nie pomyślą, że ja sobie wymyślam te wszystkie historie – powiedział Dąbrowski, który wcześniej borykał się z obolałym nadgarstkiem i problemami technicznymi motocykla.
- Zmęczenie materiału daje znać o sobie, ale w sumie jest ok. Cały czas jestem czwarty w Rally 2 i 13. w „generalce”, chociaż tylko dwie minuty traci do mnie bardzo szybki zawodnik. Nawet jak się skończy na 14. miejscu, to i tak będę zadowolony z „15” – dodał Dąbrowski, który przed rokiem był 16.
W piątek kłopoty na trasie mieli też dobrze radzący sobie do tej pory w klasie lekkich pojazdów SSV dakarowi debiutanci Maciej Oleksowicz i Marcin Sienkiewicz, którzy z powodu problemów technicznych tracą już blisko dwie i pół godziny do liderów. Jeśli uda im się dojechać do mety, to mimo to mają szansę utrzymać miejsce w czołowej dziesiątce klasyfikacji generalnej.
Z problemami technicznymi walczy też załoga ciężarówki prowadzonej przez Dariusza Łyska. Polacy są cały czas na trasie, a bliska końcowego triumfu w rajdzie jest druga w piątek ekipa Litwina Vaidotasa Zali.
Piątkowy etap prowadził z Al Henakiyah do Janbu i liczył 720 km, z czego 311 to odcinek specjalny. Rajd zakończy się w sobotę krótkim odcinkiem wokół Janbu, gdzie 3 stycznia się rozpoczął.