Z dziełami Richarda Wagnera jest tak, że nawet dziś wzbudzają one wielkie, skrajne emocje. Świat melomanów podzielił się na tych, którzy są fanatykami muzyki Wagnera i na tych, którzy szczerze nie cierpią jego twórczości. Ale niezależnie od tego, do której grupy należymy warto przypomnieć, że wystawienie Wagnera jest dla każdego zespołu opery sprawdzeniem swojej możliwości, siły i poziomu. Podobnie jak dla teatrów dramatycznych pokazanie Wesela Wyspiańskiego, czy Hamleta Szekspira.
Opera Krakowska 9 czerwca po raz pierwszy sięgnęła po Tannhäusera. Nie znaczy to jednak, że tytuł ten nie był pokazywany w Krakowie. Był i to kilkukrotnie. Przypomnę, że jako pierwsza do Krakowa przywiozła to dzieło pod koniec XIX wieku Opera Lwowska. Jak sobie poradziła z Wagnerem Opera Krakowska? Całkiem przyzwoicie. Podobało mi się, choć zachwytu nie przeżyłam. Zapewne podobnie jak reszta publiczności, która nie zdecydowała się na brawa na stojąco.
Skupię się na muzyce, bo dla mnie ciągle w operze muzyka jest numer jeden, bo bez dobrego wykonania muzycznego nawet najlepsza koncepcja inscenizacyjna nie obroni spektaklu. Ogólnie orkiestra pod batutą Tomasza Tokarczyka zabrzmiała bardzo dobrze, choć brak mi było czasem rozmachu i potęgi brzmienia Wagnera. Tannhäuser powstał w 1845 roku (wersja obecnie wykonywana pochodzi z 1861 roku), więc daleko jeszcze do najpotężniejszych dzieł Wagnera, ale jednak... Być może powodem tego jest słaba akustyka Opery Krakowskiej, albo winny jest zbyt głęboki kanał na orkiestrę. A może po prostu jestem przyzwyczajona do nagrań, o innych proporcjach brzmienia. W Krakowie uwertura, będąca hitem nad hity brzmiała, jakby gdzieś z głębi.
Natomiast bardzo ciekawym rozwiązaniem był fragment, w którym muzycy grający na instrumentach dętych blaszanych wykonywali swoje partie z jaskółek, pod samym sufitem sali. Spowodowało to, że muzyka wypełniła dźwiękami całą przestrzeń. Śpiewacy wypadli bez zarzutu. Tomasz Kuk w tytułowej roli był świetny, Wioletta Chodowicz sprawiła, że można było uwierzyć w jej uczucie do Tannhäusera, śpiewała lekko, dziewczęco, niewinnie. Ewa Vesin jako Wenus pokazała w śpiewie wiele emocji. Trzeba też docenić Mariusza Godlewskiego (Wolfram) i Aleksandra Teligę (Landgraf) oraz Andrzeja Lamperta, który jako Walter oprócz walorów muzycznych pokazał spore umiejętności aktorskie. Wiele braw zebrała także Monika Korybalska w roli Pastuszka.
Bardzo dobrze brzmiał chór (przygotowanie Zygmunt Magiera). I tylko żal, że piękne, znane frazy muzyczne, na które wszyscy czekamy, z powodu pomysłu inscenizacyjnego, w dużych fragmentach wykonywane były poza sceną, w kulisach, przez co były mało słyszalne na widowni. Szkoda! Inscenizacja (reżyseria Laco Adamik, scenografia Barbara Kędzierska) wzbudziła wiele komentarzy w kuluarach. Można ją zaakceptować, choć dla mnie dokuczliwe były przede wszystkim kontrasty na scenie bieli i czerni, a także mroku i zbytniego rozświetlenia.
I jeszcze jedno. Plakat, a właściwie afisz do krakowskiej premiery Tannhäusera wzbudził sporą międzynarodową dyskusję na facebooku. Piotr Beczała, znany i bardzo lubiany polski tenor, artysta największych scen świata opublikował post ,w którym napisał, że plakat do krakowskiego spektaklu jest przykładem jak „NIE powinien wyglądać plakat premiery operowej!” Artysta zarzucił, że śpiewacy są wymienieni małą czcionką bez wskazania ról jakie wykonują. Natomiast dużą czcionką i na czerwono wymieniony jest reżyser, scenograf, a nawet reżyser świateł. I rzeczywiście powiększyłam opublikowane przez artystę zdjęcie afisza i zobaczyłam, że malutką czcionką wrzucony w porządku alfabetycznym wśród dużej ilości nazwisk znajduje się Tomasz Kuk odtwórca tytułowej roli. Zaskakujące! Tak nie powinno być! Do opery chodzimy przecież na konkretnych śpiewaków. Ta dyskusja to mocny głos środowiska operowego. Warto się w ten głos wsłuchać!
Szczegóły tutaj:
Agnieszka Malatyńska-Stankiewicz