Kiedy rozmawiamy o wojnie, prędzej czy później zaczynamy mówić o nas samych. Że tak wspaniale się zmobilizowaliśmy, by pomóc uchodźcom, że wysłaliśmy i wysyłamy sprzęt wojskowy i nawet dorzuciliśmy do zbiórki na agregaty dla marznących, bez prądu i ciepłej wody, mieszkańców bombardowanego Kijowa czy Charkowa. Ale też, że Ukraińcy mogliby być bardziej wdzięczni, głośniej i częściej dziękować, a w ogóle to tej pomocy dla uchodźców już wystarczy, bo przecież dobrze sobie radzą, a tylu Polaków cierpi, bo rachunki za prąd wysokie, emerytury za małe i polski rząd powinien przede wszystkim dbać o swoich. A ta wojna jest gdzieś daleko i już nie chcemy słuchać kolejnych informacji o atakach rakietowych czy dronowych. Już nie chcemy czytać reportaży z okopów gdzieś na froncie, w małych ukraińskich miejscowościach, których nie umiemy wymówić, a tym bardziej znaleźć na mapie.
Więc dziś nie chcę myśleć o naszym polskim czy szerzej europejskim zmęczeniu wojną, wojną, której nie zaznaliśmy.
W czwartą rocznicę myślę o tych wszystkich młodych i starszych Ukraińcach i Ukrainkach, którzy zginęli i którzy nie zobaczą, jak ich dzieci czy wnuki dorastają, przynoszą kolejne szkolne świadectwo, idą do pierwszej pracy czy na pierwszą randkę.
Myślę o tych, którzy zostali okaleczeni: stracili wzrok, słuch, muszą się uczyć funkcjonować na protezach, na wózkach. Dzień po dniu, miesiąc po miesiącu. Rok po roku. Też są pewnie zmęczeni, ale nie wojną, a własną niepełnosprawnością i bezradnością.
O dzieciach, nastolatkach, którzy ojca (a czasem też matkę, bo w Siłach Zbrojnych Ukrainy służy wiele kobiet) będą pamiętali tylko ze zdjęcia czy filmiku nagranego telefonem. A przecież obiecywali, że wrócą, że wszystko dobrze się skończy, że pójdziemy na lody i na spacer. Zamiast tego w każdej mniejszej czy większej ukraińskiej miejscowości coraz większe są cmentarze, a na nich rzędy grobów z fotografiami żołnierzy w mundurach.
Myślę też o tych, którzy stracili domy, mieszkania, przedmioty, rzeczy, zwierzęta, które były ważne. Ważne tylko dla nich, bo przecież trudno się wzruszać cudzą ślubną fotografią, ulubioną filiżanką, kubkiem, taboretem, książką.
Przecież nie będziemy pamiętać o każdym psie, który uciekł w czasie ewakuacji czy podczas ataku drona i nigdy nie wrócił. Czy o kocie, który nie mógł się wydostać z ogarniętego pożarem mieszkania.
Myślę też o mieszkańcach Kijowa, którzy pomimo wszystko w drodze do pracy kupują kawę na wynos z kawiarni, w której huczy prądotwórczy agregat. Starają się zachować ten pozór normalności, bo oni nie mogą być zmęczeni wojną. Co najwyżej zimnem i kolejnym nocnym alarmem.
Trzymaj się, Ukraino.
Marta Szostkiewicz.