W nowojorskiej kancelarii na Wall Street pojawia się nowy pracownik. Proste początkowo relacje między podwładnym a przełożonym komplikują się, przybierając formę egzystencjalnego dreszczowca.
To opowieść o kwestionowaniu zasad, o załamywaniu się zastanego porządku, a także o mechanizmach rządzących kapitalizmem
- mówi reżyser Tomasz Fryzeł.
Melville napisał opowiadanie w 1853 roku. Egzystencjalny thriller oparty na jednym z najbardziej zagadkowych i wieloznacznych tekstów klasyki amerykańskiej literatury. Opowiadanie od ponad 150 lat budzi niepokój i prowokuje kolejne interpretacje.
Bartleby początkowo wykonuje swoją pracę bez zarzutu. Pewnego dnia odpowiada jednak na polecenie przełożonego krótkim: „wolałbym nie”. To zdanie uruchamia serię zdarzeń, które stopniowo rozmontowują zastany układ: relacje służbowe, hierarchie, procedury i sposoby rozumienia odpowiedzialności.
To tekst, który przychodzi do nas z odległej przeszłości, ale równocześnie mam wrażenie, że przychodząc z odległej przeszłości, przychodzi do nas trochę z początku świata, w którym funkcjonujemy. Z początku świata, w którym nasza nowoczesność rodziła się, klarowała się
- tłumaczy Fryzeł.
W adaptacji Piotra Fronia i inscenizacji Tomasza Fryzła opowieść Melville’a staje się studium rozpadu porządku, który traci zdolność działania, choć nie zostaje zakwestionowany. Napięcie rozgrywa się między dwojgiem ludzi – w języku, który nie poddaje się logice przymusu, i w relacji, w której przestają działać automatyczne mechanizmy władzy. Co dzieje się z relacją między ludźmi, gdy znane role zawodzą, a język przestaje być narzędziem porozumienia?