Latem jeździłam z rodzicami do Juraty, zimą - z babcią - do Rabki. Kiedy miałam 4 lata, babcia zabrała, zamiast wielu książeczek dla dzieci, jedną, nie całkiem dla dzieci, Pana Tadeusza. Melodia trzynastozgłoskowca tak mnie zachwyciła, że babcia musiała mi czytać godzinami, przy okazji pokazując litery, a później - w trakcie czytania - słowa. Kiedy wróciłyśmy do Krakowa, podczas spaceru zaczęłam czytać uliczne szyldy. Babcia biegiem wróciła do domu, krzycząc do moich rodziców: Beatka sama nauczyła się czytać! Nie sama, ktoś mi te litery pokazał, ktoś mi czytał - od dnia narodzin - setki książek, żyłam w domu z ogromną biblioteką, którą natychmiast chciałam przeczytać. SAMA.
Umysł dzieci w tym wieku jest tak chłonny, jak nigdy później. Największą zbrodnią jest więc ograniczanie jego rozwoju.
Było oczywiste, że pójdę wcześniej do szkoły, ale i tak przez pierwsze trzy lata nudziłam się, więc żeby nie tracić cennego czasu, czytałam pod ławką. Pewnego dnia z półki domowej biblioteki ściągnęłam Faraona. Byłam zachwycona i natychmiast opowiedziałam o tej książce przyjaciołom z klasy. Przeczytali ją wszyscy i postanowiliśmy zrobić inscenizację. Dość nowatorską zresztą, bo ojciec koleżanki miał być piramidą komentującą wydarzenia, czymś w rodzaju jednoosobowego chóru greckiego. Obłożone książkami o starożytnym Egipcie dziewięciolatki, ruszyły ostro do pracy. Ramzes zrobił przepiękną biżuterię z miedzianego drutu, Kama / ja oczywiście / skomponowałam motywy przewodnie dla każdej postaci, Sara / wiele lat później studentka ASP/ , której ojciec miał być piramidą, zabrała się za scenografię. Na każdej przerwie i po lekcjach, jedynym tematem był Faraon i kolejne pomysły inscenizacyjne, które nam wpadły do głowy. I wtedy nastąpiła katastrofa. W prasie ukazały się zdjęcia z - kręconego wówczas - filmu Kawalerowicza. " Nasz" Ramzes poległ w nierównej walce z - pięknym jak młody bóg - Zelnikiem. Zaczęły się kłótnie, padła wspólna koncepcja i przedstawienie nie doszło do skutku.
Ale coś zostało. Fascynacja historią. Z moim najlepszym przyjacielem i rówieśnikiem, też młodszym od reszty klasy, wymyślaliśmy sobie nawzajem zagadki historyczne. Honor nie pozwalał poprosić rodziców o pomoc, więc - w czasach bez internetu - godzinami grzebaliśmy w stertach książek, żeby znaleźć odpowiedzi na zadaną zagadkę i wymyślić dla " przeciwnika" jeszcze trudniejszą.
Niektórzy rodzice chcieliby jak najdłużej wycierać dzieciom noski, wiązać buciki i traktować jak żywe, przygłupie zabawki. A dzieci to mali ludzie, inteligentni, ciekawi świata, pełni pasji, która nigdy później już taka nie będzie, uczący się nieprawdopodobnie szybko i chętnie. Trzeba im tylko dać impuls i odpowiedni przykład. Dlatego ratujmy dzieci przed durnymi rodzicami.