To zdanie brzmiało: Jedyna służba zdrowia w Polsce, która działa bez zarzutu, to służba weterynaryjna. Jakże celne zdanie.
Mój golden retriever ma 15 lat, to na tę rasę niezwykle dużo. Przez całe życie był zdrowy, zaczął chorować, gdy skończył 12 lat i to na same poważne choroby. Gdyby żył kilkadziesiąt lat temu, nikt nie starałby się go ratować. Teraz niektóre kliniki weterynaryjne są lepiej wyposażone od tych dla ludzi, a weterynarze często stawiają trafniejsze diagnozy od lekarzy. Dwa lata temu natychmiast zdiagnozowany został u mojego psa czerniak i błyskawicznie zoperowany. Mój pies nie jest człowiekiem, więc nie musiał czekać w upokarzających kolejkach, podczas wszystkich chorób, lekarze weterynarii zajmowali się nim nie tylko fachowo, ale z sercem i czułością. Przyjeżdżali do domu, dzwonili pytając jak się czuje, analizy krwi wykonywane były na miejscu a wyniki były natychmiast. Mogę im podziękować tylko tak, wymieniając ich nazwiska. To - znany z anteny Radia Kraków - Wojciech Kujawski i pracujący z nim Paweł Dadej i Marcin Gładysiewicz.
A teraz inna historia. Opiekuję się osobą cierpiącą na tzw. otępienie starcze. Objawy i uciążliwości dla chorego i opiekuna zbliżone do tych w chorobie Alzheimera. I leki podawane w tych chorobach takie same. Z jedną różnicą. Leki / identyczne/ dla chorego na Alzheimera są refundowane, dla chorego na otępienie starcze nie są refundowane. Dlaczego? To kilkaset zł miesięcznie.
Niedawno rozmawiałam z kolegą, który dzień po dniu miał kontakt z kliniką weterynaryjną i tą dla ludzi. Najpierw, dzięki szybkiej i fachowej interwencji weterynarza, uratowany został kot kolegi. Następnego dnia, chora na astmę córka kolegi dostała duszności, zawiózł ją do przychodni i czekał pod gabinetem. Po pół godzinie zaczął się pytać dlaczego wizyta trwa tak długo. Okazało się, że dziewczyna w gabinecie zemdlała i leżała pod tlenem, a ojca nikt o tym nie poinformował, bo po co.
Kolega powiedział: jak zachoruję, to chyba wolałbym, żeby leczył mnie weterynarz.