|
|
Kraków 101.6 MHz
Kraków
101.6 MHz
Tarnów
101,0 MHz
Nowy Sącz
90,0 MHz
Zakopane
100,0 MHz
Andrychów
98,8 MHz
Gorlice
97,4 MHz
Krynica-Zdrój
102,1 MHz
Rabka-Zdrój
87,6 MHz
Szczawnica
90,0 MHz
|
Kontakt 4080 (SMS)
DZIEJE SIĘ COŚ W TWOJEJ OKOLICY?
SKONTAKTUJ SIĘ!
12 200 33 33 (antena)
12 630 60 00 (recepcja)
12 630 62 06 (reklama)
4080 (SMS)
500 202 323 (SMS i MMS)
redakcja@radiokrakow.pl
reklama@radiokrakow.pl
|
A
A
A

Niezapomniana płyta z historii rocka. Muse „Showbiz”

Wśród dziesiątek powiedzeń jakie pozostawili nam nasi dziadowie (babunie o niego bym nie posądzał) jest i takie, które powoduje, że zawsze gdy go sobie przypominam, przechodzi mnie dreszcz. Brzmi ono tak: Po nas choćby potop! No cóż, jest to dla mnie najkrótszy, bo zaledwie czterowyrazowy dowód jak niektórzy nasi przodkowie traktowali Rzeczpospolitą... No masz, już widzę jak moi czytacze głęboko się zastanawiają, co nasi dzisiejsi milusińscy mają wspólnego z historią Polski? Żeby od razu im ulżyć – natychmiast wyjaśnię, że... nic! A więc co mają pierniki (z naszych dziejów) z angielskim wiatrakiem o nazwie Muse? Też nic, ale znając zainteresowania głównego młynarza Muzy, pomyślałem, że i On (przynajmniej tak można się domyślać), hołduje przekonaniu, iż nie ma co za bardzo martwić przyszłością, bo lada moment czeka nas koniec świata. Oto bowiem jak podają biografowie Matthew Bellamy’ego, - bo to o nim właśnie gawędzę – ów niezwykle uzdolniony, w sumie jeszcze młody człowiek, wierzy w bliskie nadejść Apokalipsy i... np. spiskową teorię dziejów.

9.06.1978 w Cambridge urodził się Matthew James Bellamy. Dzięki temu, że jego tata George, był gitarzystą rytmicznym w popularnej w latach 60. ubiegłego wieku grupy The Tornados, to można stwierdzić, że mały Matthew miłość do rock’n’rolla wyssał z piersi ojca. Pierwszym zauważalnym efektem owego ssania był występ 12-letniego Bellamiego juniora na szkolnym konkursie talentów, podczas którego, ponoć brawurowo, wykonał boogie-woogie na pianinie. Nie ma co się dziwować, że po takiej demonstracji talentu, chłopiec zaczął udzielać się w najróżniejszych projektach w zaszczycanym przez siebie Teingnmouth Community College. Jednym z nich był zespół Gothic Plague, którego dowódcą był o rok od niego starszy (ur. 7.12.1977) perkusista Dominic Howard. W owej grupie Matthew spełniał rolę gitarzysty i wokalisty. Po jakimś czasie Gothic Plague się rozpadło, co w praktyce oznaczało, że nastolatkowie zaczęli się rozglądać za kimś, kto mógłby spełniać rolę basisty. Na szczęście (jak czas pokazał) nikogo chętnego nie znaleźli, co sprawiło, że owo stanowisko zaproponowali... perkusiście z zespołu Fixed Penalty – Christopherowi Wolstenholme (ur. 2.12.1978). Ten ostatni widać miał intuicję, która kazała mu na poważnie potraktować ową ofertę, bo odstawił bębny do piwnicy czy garażu (niepotrzebne skreślić) i zaczął się uczyć rockowego basowania. Gdy już opanował potrzebne minimum umiejętności trio przyjęło nazwę Rocket Baby Dolls i zaczęło pracować nad własnym materiałem oraz renomą. Jednym ze sposobów na jej zdobycie, było zgłoszenie się w 1994 r. do lokalnego konkursu dla młodych zdolnych. Efekty: zwycięstwo; zmiana podejścia do tego co robią (pierwszy raz pomyśleli o sobie, jako o zespole z przyszłością); przechrzczenie się na Muse i wreszcie wyjazd do Londynu.

Następne cztery lata to uporczywa walka o przetrwanie (przecież trzeba było z czegoś żyć), próby i szukanie „szansy”. Ta, (co oczywiste, zważywszy na dzisiejszą pozycję Muse, w końcu się pojawiła) i... nazywała Dennis Smith. Ów pan Kowalski był właścicielem niezwykłego, bo mieszczącego się w dawnym młynie wodnym, studia nagraniowego w Kornwalii. I to dzięki nim (Smithowi oraz jego studiu) trio nagrało najpierw EP-kę „Muse”, a potem drugą - „Muscle Museum”. Ta druga została zauważona i pochwalona przez krytykę, co z kolei na tyle ośmieliło zainteresowanych, że zabrali się do pracy nad całym albumem. Aby go wydać Dennis powołał dożycia firmę Taste Media, która wydała później (na rynku brytyjskim i australijskim) trzy pierwsze albumy Muzy, natomiast w Ameryce zajął się nimi Maverick Rec. Wszystko to sprowadziło się do nagrania w kwietniu i maju 1999 r. longplaya, który do sklepów trafił 4 października pod tytułem „Showbiz”.

Czas na Muzowania. „Showbiz” zaczyna intrygujący fortepian wprowadzający w temat „Sunburn”. Najpierw jest całkiem zwyczajnie, ale po minucie nagle robi się potężnie, a wokalista idzie na całość. Oj – jego wysoki głos, momentami ma w sobie coś z doskonałości i uniwersalności kojarzącej się ze śpiewem Freddie’go M. W cztery minuty później hipnotyczny pochód basu i monotonny stuk bębnów wciągają w coś niezwykle niezwykłego. Akordziki gitary, porządek i nagle znowu bombardowanie. Ten rockowy potwór zwie się „Muscle Museum”. I co ważne, nie wiadomo jakim sposobem na gitarze gra w nim Jimi H. Rewelacja na skale Światową. Trójką jest „Fillip”. Jest ostro, a potem rock’n’rollowo i w zasadzie Queenowsko. Świetne! Po tej sporej dawce dużego hałasu po coś, dostajemy się pod wpływ tematu „Falling Down”. Tu muzyka dla odmiany wije się leniwie, a śpiew jest cieniutki (wysokutki) i piękniutki! Gdy startuje piątka („Cave”), zaczyna się riffowe i świetne kompozycyjnie granie hard rocka. To prawie 5 minut czadowania z fortepianowym finałem z innej bajki (progresja)! Szóstką jest tytułowy dla „Showbiz” utwór „Showbiz”. Bębny bębnią jak indiańskiej imprezie, a potem robi psychodelicznie (odlotowo). Matthew na gitarze fuzzuje jak goście z epoki Dzieci Kwiatów. Siódemka („Unintended”), jak to siódemka, uszczęśliwia. Bo jest lirycznie, poetycko i ulotnie. Potem jeszcze mamy: 8, 9, 10, 11 i 12, czyli: obłędne i rewelacyjne tango „Uno”; rytmiczny i pozytywnie zagitarowany „Sober”; spokojne, a nawet słodkie (z początku) „Escape”, które potem brzmi równie ciężko jak łomoty Led Zeppelin; nie uporządkowane (strasznie zmienne w dynamice) „Overdue” i wreszcie zamykające całość, mające podejrzanie długi i dwuelementowy tytuł „Hate This & I’ll Love You”. Najpierw jest wzniośle, a potem podniośle. Tak czy siak wspaniale.

Krążek który na Wyspach Brytyjskich doszedł zaledwie do 29-miejsca listy bestsellerów, w dziesięć lat później, w plebiscycie korzystających z internetowego portalu MSN, znalazł się w dwudziestce najlepszych płyt wszechczasów!

 

 

 

Jerzy Skarżyński

0%
100%