To ironiczne i piękne jednocześnie – odchodzi tuż przed Świętami, jakby w końcu dojechał do domu na Boże Narodzenie i zaparkował tam na wieczność. Rea od wielu lat zmagał się z poważnymi problemami zdrowotnymi, w tym z rakiem trzustki i skutkami udaru, ale jego muzyka była jak asystent kierowcy: trzymała tempo, poprawiała nastrój i pomagała przetrwać długie trasy. Odszedł spokojnie, otoczony rodziną, po krótkiej chorobie.
Dla mnie – prywatnie – album "Road to Hell" był pierwszą płytą CD w mojej kolekcji. Ta surowa, cieniutka plastikowa tacka z napisem "Road to hell", którą wkładało się do odtwarzacza to był rytuał. Początek. Otworzyła mi świat Rea: blues, rock, melancholia dróg, wieczorne autostrady bez końca. Album, który nauczył mnie jeździć z muzyką, a muzykę traktować jak mapę. Właśnie "Road to Hell" – i tej płyty nigdy nie oddam żadnemu systemowi streamingowemu.
A potem przyszło Driving Home for Christmas: utwór, który brzmi jak betonowy pas oświetlony latarniami, jak ośnieżona A1 o piątej po południu, jak tęsknota za rodziną i ciepłem gorącej herbaty w termosie. Napisany z perspektywy kogoś, kto naprawdę jechał do domu, spojrzał w lusterko i stwierdził, że warto podzielić się tym uczuciem z milionami. Dziś ta piosenka ma nowy sens: Chris w końcu dojechał.