Nie oszukujmy się: ta kampania to nie jest żadna lokalna kłótnia w czardzie, przy stole zastawionym papryką i winem. To pełnoprawna informacyjna bitwa, w której my, polscy internauci, często występujemy w roli przypadkowych cywilów. Na Węgrzech trwa festiwal pod hasłem „kto kogo bardziej przestraszy”. Viktor Orbán od tygodni przekonuje, że jeśli opozycja wygra, Węgrzy obudzą się rano… na froncie w Ukrainie. Straszak stary jak polityka, ale wciąż skuteczny — zwłaszcza gdy zaczyna żyć własnym życiem także na polskich grupach w mediach społecznościowych.
Można by powiedzieć: spokojnie, żyjemy w epoce internetu, mamy dostęp do informacji przez całą dobę, nikt się już na takie rzeczy nie nabiera. Tyle że to tylko połowa prawdy. Bo do gry weszła technologia — i to na całkiem nowym poziomie. Na Węgrzech kampania dawno wyszła poza brzydkie plakaty i hasła pisane na kolanie. Z impetem wkroczyła sztuczna inteligencja. Media prorządowe i internetowe trolle wykorzystują AI, by kompromitować przeciwników, tworzyć zmanipulowane treści i podkręcać emocje. Opozycja zresztą nie pozostaje dłużna — statystyki bywają tam podkręcane tak mocno, że matematycy mogliby złapać się za głowę.
Problem w tym, że te historie nie kończą się na granicy. Przenikają do polskiego internetu i zaczynają żyć własnym życiem. „Węgry wyrzucają Ukraińców z kraju” — brzmi jak wiadomość dnia, a jest kompletną fikcją. „Ukraińcy chcieli wysadzić gazociąg do Budapesztu” — kolejna opowieść z gatunku politycznej fantastyki, która u nas zbiera tysiące lajków. I tak, niepostrzeżenie, stajemy się uczestnikami cudzej kampanii.
Czego więc spodziewać się w weekend? Najpewniej zalewu informacji o fałszerstwach — niezależnie od tego, kto wygra. Bo w tej grze wynik wyborów to jedno, a narracja o ich „prawdziwym” przebiegu — drugie.
Dlatego warto zachować odrobinę dystansu. Jeśli pojawia się news o Węgrzech, po którym ciśnienie zaczyna niebezpiecznie rosnąć — zatrzymajmy się na chwilę. Głęboki oddech, szybkie sprawdzenie źródła. Choćby w Ośrodku Studiów Wschodnich, który zamiast klikalności wybiera fakty.
Nie dajmy się wkręcić w ten węgierski kocioł. Bo w politycznym gulaszu dezinformacja smakuje znacznie gorzej niż przypalona papryka — po prostu staje się nie do strawienia.