Co to znaczy, że miłość jest ponad wszystko? I co to znaczy, że gdyby nie było miłości, to tego teatru też by nie było?
Gdybym miał komuś powiedzieć o miłości bez barier i bez żadnych ograniczeń, to bym po prostu zaprosił na próbę i pokazał mojego aktora znakomitego Rysia i jego dziewczynę Asię. Para jak para. Ktoś by pomyślał, nic takiego. Ale trzeba dopowiedzieć, że Asia jest osobą od urodzenia cierpiącą na dziecięce porażenie mózgowe. Mieszka w Domu Pomocy Społecznej.
Rysiu jest osobą niewidomą. Ci Państwo od ładnych kilku lat tworzą parę. I jak Bóg da, to w tym roku będzie miał miejsce najbardziej spektakularny ślub wszechświata: ślub Asi i Rysia. Ich wzajemna relacja, ich czułość, opiekuńczość Rysia, który nie widzi, to jest coś, co utrzymuje mnie przy życiu i co daje mi sens tego wszystkiego, co robimy. Ale też cały teatr jest przykładem tej miłości.
Drugi obraz to obraz naszej trasy. Gramy spektakl „Pieśń nad Pieśniami”, adaptacja biblijnej księgi o miłości. Jedziemy w trasę, pokazujemy codziennie spektakl. Przez dwa tygodnie codziennie graliśmy ten spektakl, ale potem jedziemy do hotelu. W spektaklu są wizualizacje, jak ktoś komuś myje nogi i podaje kwiaty i robi różne inne piękne rzeczy. Ale w tym hotelu jest sprawdzian, bo rzeczywiście trzeba komuś umyć nogi, trzeba kogoś nakarmić, trzeba kogoś przenieść z wózka do łóżka i z łóżka do wózka. I to jest miłość, to jest najprawdziwsza miłość. Ja też o tym spektaklu tak myślę, że to jest takie docieranie do jądra miłości.
Bardzo cieszę, że na co dzień pracuję w takim miejscu, z takimi ludźmi, gdzie tej miłości mam po bak praktycznie.
Ale twoja miłość ma jeszcze tutaj inną twarz i inny obraz, mianowicie taki, że ty jako twórca i reżyser tego teatru od aktorów z niepełnosprawnościami wymagasz. Nie traktujesz ich pobłażliwie, nie dajesz im prostych, łatwych tekstów, tylko stawiasz naprawdę wymagania niesamowite.
Często jest tak, że moi przyjaciele artyści, którzy przychodzą na próbę są przerażeni początkowo, bo nie odpuszczam. Z tego słynę, że jestem wymagający dla nich, ale oni też wiedzą, że wymagam z miłości i z szacunku, bo mógłbym zrobić bajkę pt. "Na straganie w dzień targowy", ale to by oznaczało, że ja ich nie szanuję jako aktorów. A ja mam wielkie przeświadczenie o tym, że oni są wyjątkowymi aktorami. Wielu profesjonalnych aktorów mogłoby im buty wiązać w dziedzinie sztuki aktorskiej. Bo jeśli sztukę mierzyć miarą serca, intensywnością dostarczania właśnie tego katharsis słynnego i generalnie dotykania serca, to oni są absolutnymi mistrzami.
I to budzi mój wielki szacunek dla nich, że potrafią wygenerować prawdę, która byłaby niemożliwa do wygenerowania przez zawodowego aktora.
Jesteśmy po krakowskiej premierze spektaklu „Głosy z Houston”. Spektakl niesamowity, bo teraz wyobraźmy sobie, że osoby, aktorzy z różnymi niepełnosprawnościami, dostają na warsztat, do siebie, w swoje ciało, w swoją duszę, w swój umysł, teksty osób w kryzysie psychicznym. Za dużo wydawać by się mogło.
W naszym zespole jest Kamil. Wyśmienity aktor, ale oprócz niepełnosprawności ma problem z nerwicą lękową. To, co on dzisiaj grał, to on grał siebie samego z okresu ataku paniki. Ludzie byli porażeni prądem, widziałem po spektaklu, nie chcieli wychodzić z sali, zadawali dziesiątki pytań.
Dlaczego? Bo była prawda. I każdy z tych osób, pomimo tego, że być może nie ma w rozpoznaniu choroby psychicznej, każda z nich cierpi. To cierpienie oswojone, czyli zaakceptowane cierpienie u nich owocuje w taki sposób, że właśnie mogą przepracowywać tematy, które towarzyszą im praktycznie od urodzenia.
Marcin Konik, którego płacz dzisiaj bardzo wielu ludzi wzruszył. To jest najbardziej wrażliwy człowiek na świecie. Bardziej wrażliwej osoby nie znam. To jest wybitny aktor, ale wybitny dlatego, że jest aktorem prawdy, a nie udawania.
„Głosy z Houston” - skąd tytuł tego spektaklu?
Mam nadzieję, że nasi słuchacze z Krakowa przynajmniej w dużej części wiedzą, że podobno pod koniec lat 70. Szpital im. dr. Babińskiego, bardzo znamienity, bardzo dobry, został nazwany Houston. „Głosy z Houston” to jest oddanie głosu ludziom, którzy kryzysują, tym, którzy tego głosu nie mają, tym, za których inni zazwyczaj mówią. Przerażona rodzina, sąsiedzi, lekarze wypisujący rozpoznania. I właśnie to jest taka sztuka, że my pokazując głos tych ludzi, jak jeden z tych poetów właśnie związanych ze szpitalem powiedział, ludzi z drugiej strony dnia. Oddajemy im głos po to, żebyśmy my budowali empatię, żebyśmy my mogli ich zrozumieć, żebyśmy my przestali ich stygmatyzować, żebyśmy my potrafili ich zatrudniać w miejscach pracy, potrafili zrozumieć, że czasem bardzo drobny gest, pójście po zakupy, przytulenie kogoś, powiedzenie mu miłego słowa, że dla nich bardzo wiele znaczy.
To są autentyczne teksty? Te, które śpiewacie, te, które mówicie?
Teksty są w stu procentach autentyczne, to są teksty, które są lekko przeze mnie zredagowane. Czasami z trzech wierszy zrobiłem jeden, czasami skróciłem. Tutaj żadnej cenzury nie było.
Powiedzmy o muzyce, o scenografii, o całym tym spektaklu, jaką on tworzy całość.
Całość to jest taki trochę dom dla lalek, który budujemy jakby na żywo. Jest to teczka pacjenta, bo tak sobie to wyobrażamy, że przynosimy taką 20 razy XXL teczkę pacjenta, którą rozkładamy, a w środku pojawiają się fotografie naszej przyjaciółki, wspaniałej artystki. Ilustrujemy to też płatami mózgu z rezonansu magnetycznego i tak wchodzimy do tego domku dla lalek, w którym przeżycia tych ludzi, świat tych ludzi ukazujemy naszym widzom.
Mamy takie wielkie szczęście współpracować również z muzykami wybitnymi, bo to co ja bardzo kocham w Teatrze EXIT to praca Adama Szewczyka i muzyków. U nas zawsze jest muzyka na żywo. Nie zastosowaliśmy nigdy żadnych podkładów. W stu procentach wszystko to jest live i te przenoszenie emocji się odbywa też przez muzykę i to jest dla nas właśnie takie zanurzanie naszych widzów w tym świecie, dawanie im prawdy po to, żeby oni wyrezonowali. To jak wyrezonowali, to widzieliśmy po tej sztuce. Były okrzyki, brawa, standing ovation i ludzie nie chcieli wychodzić z sali.
Więcej o Teatrze Exit - kliknij tutaj