To jest historia, której nie powstydziłby się dobry film sensacyjny, ale zaczniemy od konkretów, bo pod maską mamy tutaj prawdziwą bestię. Silnik 5.0 V8, 450 KM i setka w niecałe 5 sekund. Tak. To auto naprawdę trafiło do policji w Radomiu, ale droga, jaką przebyło, jest ciekawsza niż jego osiągi.
Wszystko zaczęło się w kwietniu zeszłego roku w miejscowości Ślubowo. Wyobraźmy sobie rów, a w nim lśniący Mustang. Za kółkiem 39-latek z Warszawy, a w jego organizmie ponad dwa promile. Pan tak bardzo kochał jazdę z fantazją, że zapomniał o nowych przepisach, a te od marca 2024 roku są bezlitosne. Masz powyżej półtora promila, samochód mówi do widzenia i staje się własnością państwa.
Tu dochodzimy do pierwszego fejka, bo w sieci pojawiły się głosy, że ten Mustang to będzie nowa służbowa limuzyna ministra spraw wewnętrznych. Już wiemy, nawet bez weryfikacji, że minister musiał obejść się smakiem.
Sąd w Ciechanowie podjął jasną decyzję. Auto przechodzi na własność policji, ale konkretnie do radomskiej drogówki. Ma ścigać piratów, a nie wozić polityków.
To jednak nie jest koniec internetowej radosnej twórczości. Zaledwie chwilę po oficjalnej prezentacji w internecie pojawiły się zdjęcia rozbitego Mustanga z podpisami - "już go skasowali". Tutaj brawa dla twórców, bo technologia AI potrafi być przerażająco skuteczna. Te zdjęcia to kompletna bzdura, wygenerowana tylko po to, żeby zebrać lajki na ludzkiej złośliwości. Samochód ma się świetnie, lśni w słońcu i czeka na służbę.
Morał z tej historii jest krótki i dla niektórych bolesny. Jeśli pijesz i wsiadasz za kółko tak mocnej maszyny, musisz się liczyć z tym, że twoje konie mechaniczne prędzej czy później zaczną służyć tym, którzy cię ścigają. Mustang w Radomiu to fakt, minister w Mustangu to fejk, a Mustang w rowie był tylko raz. Zanim został radiowozem.