Problemy szpitala w Wadowicach - jak mówi jego dyrekcja - wynikają głównie z fatalnych wskaźników demograficznych. W jakim stopniu są one także konsekwencją samej pozycji szpitali powiatowych w systemie ochrony zdrowia?
To bardzo dobre pytanie. Niestety pozycja szpitali powiatowych w całym systemie ochrony zdrowia nie jest najlepsza. To właśnie te placówki najbardziej się zadłużają i to one utrzymują oddziały nierentowne - w tym ginekologiczno-położnicze - które generują ogromne straty. Reforma szpitalnictwa, która została przygotowana i ostatecznie weszła w życie we wrześniu ubiegłego roku, wprowadziła zasady konsolidacji i próbę wyjścia z impasu polegającego na utrzymywaniu oddziałów nierentownych.
Od dawna mówimy o problemach szpitali powiatowych. Czy gdyby były one szpitalami wojewódzkimi, tych problemów byłoby mniej?
Uważam, że uproszczenie struktury właścicielskiej w odniesieniu do szpitali rzeczywiście rozwiązałoby część problemów. Skumulowanie odpowiedzialności za infrastrukturę szpitalną - na przykład w rękach marszałka województwa - byłoby zdecydowanie lepszym rozwiązaniem. Jednocześnie należałoby zmniejszyć liczbę łóżek w szpitalach powiatowych, likwidując nierentowne oddziały, i wprowadzić referencyjność szpitali. Oznaczałoby to przyporządkowanie zakresu świadczeń do poziomu szpitala: im niższy poziom, tym prostsze świadczenia - ambulatoryjne, chirurgia jednego dnia, niewielka liczba łóżek.
Koncepcja ta była już prezentowana przez ekspertów jako tzw. podstawowe zabezpieczenie zdrowotne - oparte na dobrze zorganizowanej opiece podstawowej, współpracującej z ambulatoryjną opieką specjalistyczną i szpitalem pierwszego poziomu referencyjnego.
Czy pokazują to również wybory pacjentów? Często słyszymy, że szpitale powiatowe są dla nich placówkami drugiego wyboru.
Tak. Gdyby pacjenci mieli pewność, że na poziomie powiatowym otrzymają bezpieczną, wysokiej jakości opiekę ambulatoryjną, dostępną bez długiego oczekiwania, to właśnie tam kierowaliby się po tego typu świadczenia - np. chirurgię jednego dnia. Natomiast w przypadku bardziej specjalistycznego leczenia pacjenci wybierają szpitale większe: wojewódzkie lub kliniczne, a nie powiatowe.
A co poza pieniędzmi dałaby zmiana właścicielska?
Przede wszystkim większą koordynację. Marszałek mógłby podejmować decyzje dotyczące konsolidacji, tworzenia sieci współpracy pomiędzy szpitalami i dostosowywania zakresu świadczeń do realnych możliwości i potrzeb poszczególnych placówek.
Problemy szpitala w Wadowicach to także dramat położnych, które mogą stracić pracę. Czy w Polsce mamy nadpodaż położnych?
Tak. Wskaźniki pokazują, że położnych w systemie jest za dużo. Musimy się zastanowić, jak wykorzystać bardzo dobrze wykształcone profesjonalistki. Widzę trzy główne obszary.
Po pierwsze - mamy deficyt pielęgniarek, więc tam, gdzie brakuje personelu, położne mogłyby wspierać system. Po drugie - prewencja i edukacja zdrowotna. Przykładem jest bardzo niska wyszczepialność przeciw HPV. Rola położnych w edukowaniu kobiet i działaniach profilaktycznych jest nie do przecenienia. Po trzecie - opieka długoterminowa, która boryka się z ogromnymi brakami kadrowymi i finansowymi. Tam położne również mogłyby znaleźć zatrudnienie.
Skąd bierze się ta nadpodaż położnych, skoro jednocześnie dramatycznie brakuje pielęgniarek?
To efekt zmian demograficznych - rodzi się coraz mniej dzieci, a zapotrzebowanie na usługi położnicze spada i będzie spadać dalej. Nie dostosowaliśmy jednak systemu kształcenia położnych do tych trendów. Kształcimy ich za dużo, podczas gdy zapotrzebowanie rynku jest coraz mniejsze.
Tymczasem pielęgniarek mamy za mało - około sześciu na tysiąc mieszkańców, przy średniej unijnej wynoszącej osiem. Warto więc modyfikować programy kształcenia tak, aby położne mogły łatwiej uzupełniać kompetencje i podejmować pracę w obszarach pielęgniarskich.
Czy przekwalifikowanie położnej na pielęgniarkę jest skomplikowane i czy położne chcą to robić?
Każda zmiana budzi opór. Zadaniem samorządu zawodowego jest jednak stworzenie warunków do takiego przekwalifikowania. W przeszłości już to robiliśmy - np. w 2015 roku, gdy pielęgniarki i położne uzyskały prawo do ordynacji leków. Wymagało to dodatkowych kursów, ale proces się udał. Dziś coraz więcej osób ma te uprawnienia. Stoimy przed nową rzeczywistością i musimy ją krok po kroku budować, mimo protestów i obaw.
Upraszczając - co ma pielęgniarka, czego nie ma położna?
Położna jest kształcona głównie w zakresie opieki nad matką i dzieckiem, natomiast pielęgniarka ma wykształcenie ogólne. Rdzeń wiedzy medycznej jest wspólny, później następuje specjalizacja. To nie oznacza jednak, że położna nie może uzupełnić brakujących kompetencji - nie jest to aż tak duży zakres.
Na koniec - „Rzeczpospolita” informuje o możliwym proteście pielęgniarek w sprawie minimalnych wynagrodzeń. Dla wielu odbiorców to może być nieczytelne, bo to dziś dobrze płatna praca.
To rzeczywiście bardzo dobrze płatna praca. Zainteresowanie studiami pielęgniarskimi wzrosło wyraźnie właśnie z powodu podwyżek. Nie wiem, jakie są podstawy do protestów, skoro w ubiegłym roku wynagrodzenia wzrosły czterokrotnie bardziej niż inflacja. Trzeba jasno powiedzieć: nie ma już większych możliwości dalszego podnoszenia płac ponad to, co przewiduje ustawa - a i tak są to rozwiązania obciążające możliwości finansowe państwa.
Collegium Medicum UJ pokazuje, jak duże jest dziś zainteresowanie pielęgniarstwem.
Dokładnie. To kilkanaście osób na jedno miejsce. Przeżywamy prawdziwy renesans zainteresowania tym kierunkiem, motywowany również relatywnie wysokimi zarobkami - także w porównaniu z innymi zawodami finansowanymi z budżetu państwa.
Również w porównaniu z wynagrodzeniami położnych?
Tak, choć podwyżki obejmują wszystkich profesjonalistów medycznych: pielęgniarki, lekarzy, położne, ratowników, fizjoterapeutów czy opiekunów medycznych. Ma to jednak istotny wpływ na sytuację finansową Narodowego Funduszu Zdrowia.
Gościem Radia Kraków była prof. Iwona Kowalska-Bobko z Instytutu Zdrowia Publicznego Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego.