To nie jest problem prawny, to klasyczny skok na nasze dane, ubrany w bardzo elegancki garnitur. Scenariusz zawsze wygląda tak samo. Pijecie spokojnie poranną kawę, otwieracie pocztę, a tam krzyczy do was wielki czerwony napis - Ostateczne wezwanie, naruszenie praw autorskich.
Jakaś dumnie brzmiąca agencja, powiedzmy Global Image Protect, pisze, że na naszej stronie albo na naszym profilu w mediach społecznościowych użyliśmy ich zdjęcia bez licencji. Straszą sądem i karami w tysiącach euro. Żądają, żebyśmy natychmiast kliknęli w link, żeby zapoznać się z listą naruszeń. No cóż, ciśnienie skacze, ręka drży nad myszką i o to właśnie im chodzi. To jest taki teatr, w którym my mamy zagrać rolę przerażonego widza, który klika szybciej niż myśli.
Co się dzieje, gdy damy się nabrać? Zamiast listy zdjęć na nasz komputer wjeżdża tak zwany stealer. To taki cyfrowy kieszonkowiec. On nie puka, on nie prosi o hasło, on po cichu przeszukuje naszą przeglądarkę. Wyciąga loginy do banku, hasła do Facebooka, numery kart płatniczych, dosłownie wszystko, co tam dla wygody wpisaliśmy.
Jak zatem rozpoznać, że to fake, zanim będzie za późno? Po pierwsze, patrzcie na adres nadawcy. Jeśli agencja nazywa się Kraków Marketing, a mail przychodzi z adresu zdzisiumałpanaprawatraktorów.pl, no to chyba sami czujecie, że coś tu nie gra.
Po drugie, presja czasu. Masz dwie godziny, inaczej sprawa trafia do sądu. Spokojnie, prawo autorskie tak nie działa. Żadna poważna kancelaria nie wysyła maili o północy z żądaniem kliknięcia w link. Prawdziwe pismo przychodzi poleconym z tradycyjną żółtą naklejką potwierdzenia zwrotnego.
Po trzecie, podejrzane załączniki. Jeśli po kliknięciu pobiera się plik, który w nazwie ma końcówkę .exe albo .js, to nie jest zdjęcie waszego rzekomego przewinienia. To jest program złodziej, który tylko czeka, żeby przejąć kontrolę nad waszym życiem online.
Więc zanim zadrży wam ręka, radzimy głęboki oddech. Jeśli naprawdę obawiacie się, że użyliście jakiegoś zdjęcia bez licencji, po prostu wpiszcie te agencje w Google, zadzwońcie na ich oficjalny numer. W 99 przypadkach usłyszycie - my nic takiego nie wysyłaliśmy.
Nie dajmy się okraść przez własny pośpiech.