Zorza zgasła, mróz nawet puścił, a w sieci wciąż grzeją te same teorie spiskowe. Mamy XXI wiek, dostęp do satelitów i danych NASA, a wciąż wolimy wierzyć, że za każdym pięknym zjawiskiem stoi zły naukowiec z palcem na guziku. Prawda jest taka, że to co widzieliśmy tydzień temu, to był czysty, kosmiczny rock'n'roll, a nie żadna plastikowa poświata czy eksperyment. Słońce po prostu solidnie kichnęło w naszą stronę.
Doszło do ogromnego rozbłysku, a w stronę Ziemi wystrzelił tak zwany koronalny wyrzut masy. To jest miliard ton naładowanej plazmy pędzącej przez kosmos. Kiedy ten kosmiczny podmuch uderzył w naszą atmosferę, niebo zapłonęło. A że mieliśmy wtedy solidny mróz i zero chmur, efekt był taki, że nawet w centrum Krakowa można było poczuć się jak na Grenlandii.
Co z tym słynnym HAARPEM? To taki dyżurny winowajca internetu. Jak pada deszcz? HAARP. Jak wieje wiatr? HAARP. Ośrodek na Alasce rzeczywiście potrafi wywołać coś, co przypomina zorze, ale to jest efekt lokalny. To tak jakbyśmy próbowali oświetlić stadion Wisły jedną małą latarką kieszonkową, stojąc w Nowej Hucie. Nie ma takiej fizycznej możliwości, żeby nadajnik z Alaski zaświecił nam niebo nad Małopolską.
Teraz najważniejszy fakt. Żeby HAARP coś wywołał, musi działać. Ostatni raz te słynne anteny były włączone w listopadzie zeszłego roku. Od dwóch miesięcy naukowcy na Alasce mają sezon ogórkowy. Sprzęt jest wyłączony.
Podsumowując, zorza była darem od Słońca, a nie efektem klikania w klawiaturę na Alasce. Natura nie potrzebuje kabli ani tajnych programów, żeby nas zachwycić.
Cieszmy się tymi widokami, bo słońce jeszcze nie raz pokaże nam, kto tu naprawdę rządzi.