Joanna Gąska: Ile obecnie trwa transport żołnierza z obrażeniami wielonarządowymi ze „strefy 0” do pierwszego punktu, gdzie udzielona zostanie mu profesjonalna pomoc lekarzy?
Prof. Waldemar Machała: Można powiedzieć, że wojna w Ukrainie zabiła tzw. „złotą godzinę”. Pocedury NATO, które są zgromadzone w Joint Trauma System ( JTS - program Departamentu Obrony USA, działający jako główna instytucja ds. opieki nad poszkodowanymi na polu walki. – przyp.red.) mówią o tym, że pomoc wraz z ewakuacją do drugiego poziomu powinna zostać udzielona w ciągu 60 minut. Nieprzyjazne środowisko, które w tym konflikcie zbrojnym występuje, powoduje, że ewakuacja, w miarę bezpieczna, może odbywać się od zmierzchu do świtu, zatem w nocy. Często transport między pierwszym a drugim poziomem trwa kilkanaście godzin nawet do trzech dób. Siłą rzeczy spora część rannych, która odniosła ciężkie obrażenia ciała, nie przeżyje.
W jakim czasie założona staza, powinna zostać zdjęta i powinno się podjąć działania?
Ze stazą jest ciężka sprawa, ponieważ standardy mówią o tym, że może być ona bezkarnie założona do maksymalnie 120 minut. Są opisywane zdarzenia, gdzie bez zaburzenia czynności kończyny, na którą została założona, opaska może być utrzymana nawet do czterech godzin, ale to już absolutnie wyjątkowo. Natomiast proszę sobie uświadomić, że jeżeli mamy żołnierza, który ma ranę i nie jesteśmy go w stanie wyewakuować, to zdjęcie mu stazy spowoduje krwotok, z powodu którego umrze, zatem zdarza się, że kończyna, na którą została założona a która przekroczyła ten magiczny czas, czterech godzin musi być amputowana.
Kiedy rozmawiamy o czasie ewakuacji, kluczowych godzinach na transport, w jaki sposób polski system medycyny pola walki, jeżeli taki w ogóle istnieje, jest przygotowany na wypadek wojny?
Medycyna pola walki czy medycyna taktyczna, bo medycyna pola walki z definicji, to ta, która się odbywa blisko pierwszego poziomu. Medycyna taktyczna to ten taki szeroki worek, gdzie jest drugi, trzeci i czwarty poziom. Jeżeli chodzi o Uniwersytet Medyczny w Łodzi, zajęcia z medycyny taktycznej prowadzone są od 2013 roku. W tej chwili z taką dużą pogodą ducha obserwuje to, że niemała część uniwersytetów podejmuje problem medycyny taktycznej a w Ministerstwie Zdrowia trwają zaawansowane prace nad tym, żeby przedmiot medycyna taktyczna wprowadzony został dla wszystkich kierunków studiów medycznych od 2026 roku czyli na rok akademicki 2026-2028.
Ile potrzebuje mu czasu, żeby się przygotować kompleksowo? Pamiętajmy, że podczas wojny mamy też standardowych pacjentów. Pandemia COVID-19 pokazała, że system nie działa sprawnie.
Żeby społeczeństwo przygotować trzeba rozpocząć od świadomości. Wydaje się, że powolutku do nas dociera, że 700 km stąd, gdzie toczą się walki, to całkiem blisko. Drugi element, czyli wola osób, które chcą to szkolenie prowadzić. Przeprowadzenie szkolenia to jedno, utrzymywanie w ciągłej gotowości to druga rzecz. Mówimy wiele o plecakach ucieczkowych, a zapominamy o tym, że zdecydowanie powinniśmy zgromadzić sobie coś na kształt wojskowego pakietu opatrunkowego IPMED-u, ten IPMED w wersji komercyjnej kosztuje około 1000 zł. Ja wiem, że to duże pieniądze. Natomiast musimy też jako społeczeństwo o pewnych rzeczach sobie powiedzieć. Wojna to czas, kiedy będzie się ratowało populację czasami kosztem jednostek.
Czego nam tak naprawdę brakuje z pana perspektywy, w tym systemie przygotowania się na wypadek wojny? Oprócz świadomości, oprócz szkoleń.
Jednym słowem rozpoczęcia i kontynuacji. Jesteśmy zdecydowanie na początku drogi, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że wojna w Ukrainie zaczęła się w 2014… Mózg człowieka umiera w ciągu 4 min. Postawmy na jednej szali te lata pełnoskalowej wojny i 4 minuty braku utrzymywania krążenia, prowadzącego do śmierci. Rozpoczynajmy.