Wielkanoc, śmierć i nadzieja w czasach kryzysu
Rozmawiamy tuż po Wielkanocy. Jaką nadzieję dają dziś śmierć, zmartwychwstanie i odkupienie w kontekście tragedii, których jesteśmy świadkami - ludzi umierających każdego dnia w Gazie, Iranie czy Ukrainie?
Trzeba sobie uświadomić, że mamy dziś do czynienia z ogromnym natłokiem bardzo głęboko kryzysowych doświadczeń. W tak długim okresie mojego życia czegoś takiego nie pamiętam. Całkiem niedawno rozmawiałem z moją przyjaciółką, panią profesor Magdaleną Środą, i mówiliśmy, że jesteśmy tym szczęśliwym pokoleniem, które urodziło się po wojnie i samo jej nie zaznało. Ale niestety bardzo szybko przyszły następne wojny. I to nie tylko te, które już się toczą, ale być może także te, które dopiero nadejdą. Być może nawet wojna globalna - wcale bym tego nie wykluczał.
Śmierć jest oczywiście zawsze zjawiskiem całkowicie naturalnym dla każdego człowieka, ale naturalne jest także życie. Bardzo bliska jest mi myśl wybitnej filozofki Hannah Arendt, która polemizując z heideggerowskim Sein-zum-Tode, czyli byciem ku śmierci, nadziei upatrywała w nowych pokoleniach. Wiązała ją z natalizmem. Nowe pokolenia - mówiła - jakby rozszczelniają czas i rodzą nadzieję na zmianę. I tylko właśnie w młodych pokoleniach widzę dziś jakąś szansę, bo stare pokolenia są zbyt uwikłane w to wszystko, co jest źródłem współczesnych kryzysów.
Nacjonalizm, rewizjonizm i widmo nowego faszyzmu
A powrót idei nacjonalizmu czy nawet rewizjonizmu - to zjawisko istniejące jedynie w sferze publicystycznej, czy uważa pan, że to realny powrót tych idei?
Nie, widzimy przecież sami, że to dzieje się na naszych oczach. W wielu krajach Europy - z większą lub mniejszą intensywnością - te procesy wracają. W moim przekonaniu są one skutkiem tego, że Unia Europejska zbyt szybko próbuje tworzyć federalizację, a każdy człowiek potrzebuje poczucia równowagi między przynależnością narodową a przynależnością do szerszej, europejskiej czy światowej wspólnoty obywatelskiej.
Kiedy patrzymy w historię Europy - począwszy od oświecenia i romantyzmu - widzimy, że te spory były bardzo silne. Czy jesteśmy przede wszystkim członkami wspólnoty narodowej, czy też istnieją wartości uniwersalne i obywatelskie? Popatrzmy choćby na Hiszpanię - zawsze była krajem wielonarodowym, ale nigdy wcześniej nie było tam tak silnych tendencji separatystycznych, jak dziś w Katalonii. Belgia składa się z dwóch społeczeństw, ale również tam napięcia są widoczne. Włochy posklejały się z wielu państewek, a dziś znów pojawiają się tendencje pęknięcia, choćby w postaci Ligi Północnej.
To wszystko pokazuje, że trzeba szukać jakiejś równowagi między wartościami narodowymi a uniwersalnymi. Ale groźniejsze zjawisko, które może nam zagrażać, to powrót faszyzmu. Nie w takiej postaci, w jakiej kojarzymy go z niemieckim nazizmem czy włoskim faszyzmem, ale w wersji uwspółcześnionej, zawierającej pewne jego elementy.
A historia uczy, że sam liberalny megakapitalizm taki faszyzm rodzi. Tak było przecież po kryzysie 1929 roku w Stanach Zjednoczonych, który odbił się potężnym echem w Europie. Wtedy Adolf Hitler - tylko innym językiem - obiecał Niemcom, że uczyni Niemcy wielkimi.
O faszyzmie mówił pan także w wywiadzie z Maciejem Kaweckim. Używa pan tam sformułowania, że jest on „podbity kapitalizmem”. Mówi pan wprost o akceleracjonizmie?
Tak, niestety tak. W megakapitalizmie kapitał gromadzi się w niewyobrażalnej skali w rękach kilkudziesięciu ludzi i rodzi ogromne nierówności społeczne. A wtedy ci, którzy zostają zmarginalizowani, zaczynają szukać winnych całej tej sytuacji. Jeśli na dodatek nie są wyposażeni w umiejętność myślenia krytycznego - co bardzo dobrze opisał Erich Fromm w latach trzydziestych w książce Ucieczka od wolności, która właściwie mogłaby nosić tytuł Ucieczka od myślenia - to bardzo łatwo im podsunąć winnych.
W latach trzydziestych byli to Żydzi. Dzisiaj dla pewnej części sceny politycznej w Polsce to nadal są Żydzi, ale dochodzi do tego jeszcze enigmatyczna Bruksela. I widzimy, jak wielkie zainteresowanie budzą tego typu narracje.
Obawia się pan cyfrowych proroków - Thiela, Muska i innych?
Tak, bardzo się obawiam. Tym bardziej, że musimy sobie uświadomić jedną rzecz: z przestrzeni społecznej i z życia ludzi znikają fundamentalne wartości. W mojej ostatniej monografii poświęconej myśleniu i złu w XX wieku nazwałem ten stan „czasami postetyki”. To nie znaczy, że tych wartości już nie ma, ale że istnieje coraz większe społeczne przyzwolenie na ich przekraczanie. Takich wartości jak przyzwoitość, honor, szacunek czy prawda.
Kiedyś ogłoszono „postprawdę” słowem roku. I to jest właśnie postetyka. Nie pamiętam, by społeczeństwo amerykańskie kiedykolwiek wcześniej wybrało sobie na prezydenta człowieka obciążonego tak poważnymi zarzutami natury moralnej i prawnej, a premierzy Europy jeździli do Moskwy i ściskali się z Putinem. Można sobie to próbować wyobrazić przez analogię: czy prezydent Roosevelt w czasie II wojny światowej byłby gotów rozścielić czerwony dywan i ściskać się z Hitlerem? Dla mnie to niewyobrażalne.
Demokracja liberalna traci powab
Dlaczego demokracja liberalna, która miała być wspólnym punktem dojścia, choćby według Fukuyamy, straciła dzisiaj powab?
Przyczyn jest wiele. Po pierwsze - era cyfrowa. Demokracja, jak mówił Platon, mogła funkcjonować w społeczeństwie niewielkim. Dziś przestrzenią demokracji jest już nie tylko cały świat, ale za chwilę także kosmos. Tymczasem demokracja potrzebuje czasu, deliberacji i partycypacji obywatelskiej. W warunkach obecnego przyspieszenia czasu mówi się nam, że nie ma już na to przestrzeni, więc potrzebni są silni przywódcy, którzy będą decydować za nas.
Ale trzeba też pamiętać, że demokracja współczesna rodziła się na fundamencie określonych wartości: prawdomówności, przyzwoitości, prawości. A dziś to etyczne podglebie jest wypłukiwane. W związku z tym demokracja upada.
Do tego dochodzi rozwój kapitalizmu. Właśnie tu widzę radykalną przyczynę wielu negatywnych zjawisk. Brak prawnej regulacji konkurencji, eliminowanie słabszych podmiotów, monopolizacja rynku - wszystko to doprowadziło do sytuacji, którą opisał choćby Thomas Piketty w „Kapitale w XXI wieku”. Dziś ogromna część kapitału skupiona jest w Dolinie Krzemowej, a na dole pozostaje prekariat - zmarginalizowany, bez perspektyw na stałą pracę, bez możliwości uzyskania kredytu, bez poczucia bezpieczeństwa.
Państwa narodowe tracą zdolność rozwiązywania podstawowych problemów, jak mieszkalnictwo czy stabilne zatrudnienie. Nigdy wcześniej nie było też takiej kumulacji władzy w rękach tych samych ludzi, którzy są jednocześnie megakapitalistami i aktorami politycznymi, a zarazem wpływają na geopolitykę świata. To jest bardzo groźne.
Sztuczna inteligencja, transhumanizm i pytanie: w jakim świecie chcemy żyć?
Skoro mówimy o turbokapitalistach, cyfrowych gigantach i wielkiej koncentracji władzy, to może jest jednak jakaś obietnica związana ze sztuczną inteligencją? Nie urzeka pana wizja transhumanizmu?
Nie, nie urzeka mnie. Wręcz przeciwnie. Jako humanista czuję się dziś paradoksalnie w komfortowej sytuacji, bo im bardziej świat się modernizuje, tym bardziej humaniści będą potrzebni. Zresztą samo zainteresowanie diagnozami humanistycznymi jest tego dowodem.
Sztuczna inteligencja jako technologia może przynieść wiele dobrego, szczególnie w medycynie - to już widzimy. Ale musimy pamiętać o jednym: jeśli znajdzie się w rękach ludzi pozbawionych rozumu, to znaczy takich, którzy odbezpieczają intelekt od myślenia etycznego, stanie się ogromnie niebezpieczna.
Niedawno byłem w Centrum Nauki Kopernik i miałem okazję porozmawiać z humanoidalną robotką Amecą. Zapytałem ją, czy zatrudnienie robotów humanoidalnych na rynku pracy nie uszczupli budżetów państw i nie wpłynie negatywnie na wsparcie społeczne. Odpowiedziała mi, że to nie jest jeszcze uregulowane, ale że roboty humanoidalne powinny płacić podatki. Nie bardzo wierzę, by takie rozwiązania rzeczywiście zostały wprowadzone. Obawiam się raczej, że roboty i algorytmy będą wykorzystywane po to, by uzyskiwać jeszcze większe przewagi, a nie po to, by brać na siebie ciężary podatkowe i społeczne.
Ale rozmowę zaczęliśmy od śmierci. Transhumanizm może być przecież obietnicą dłuższego życia, może nawet wygranej ze śmiercią.
Tylko w jakim świecie? Czy chcemy żyć dłużej w świecie zagrożenia klimatycznego, ogromnych nierówności społecznych, niepewności jutra i straszenia bronią jądrową? To jest pytanie fundamentalne.
Kantowi śniło się społeczeństwo obywatelskie w skali światowej. W XVIII wieku rozwijał wizję świata, w którym państwa współpracują ze sobą, następuje wymiana kulturowa i gospodarcza, znikają granice, a ostatecznie świat się rozbraja. Śniła mu się nie tylko Unia Europejska, ale właściwie unia światowa. Tymczasem dziś widzimy tendencje dokładnie odwrotne. Cofamy się. I nie wiem, do czego to doprowadzi. Albo zaczniemy myśleć rozumnie, albo - jak powiedziałem kiedyś w rozmowie z redaktorem Kaweckim - ludzie będą musieli po prostu uderzyć o ziemię. Żyjemy dziś w strefie komfortu. Kapitalizm, przynajmniej w wielu krajach, ten komfort ludziom dał. Widzimy to także w Polsce. I dopóki ten komfort trwa, ludzie żyją we własnych światach i nie reagują.
Polski złoty wiek i lęk przed jego końcem
Zgadza się pan z tezą prof. Marcina Piątkowskiego, że ostatnie trzydzieści lat to dla Polski rzeczywisty złoty wiek?
Tak, to prawda. Połowę życia przeżyłem w PRL-u. Dziesięć lat po wojnie, krakowski Kazimierz, z którego moją babcię wywieziono do Auschwitz - to miało ogromny wpływ na naszą rodzinę. Była bieda, brak możliwości kształcenia, kiepski rosyjski wyniesiony ze szkoły. Potrzebny był ogromny wysiłek, właściwie samokształcenie, żeby cokolwiek osiągnąć.
Nie mówiąc już o pustych półkach sklepowych. Kiedy mówię dziś studentom, że wtedy wszystko się „załatwiało” - od encyklopedii w księgarni po kawę - to czasem trudno im w to uwierzyć. Jeśli ktoś nie miał babci, która mogła wystać kilka godzin po kilka deko kawy, to tej kawy po prostu nie pił. A dziś, kiedy wchodzimy do dowolnego sklepu, widzimy cały świat towarów. I mam czasem wrażenie ogromnego przesytu, który również ma bardzo negatywny wpływ na sytuację klimatyczną świata.
A dostrzega pan już jakieś zapowiedzi zmierzchu tego polskiego złotego wieku?
Ogromnie boję się najbliższych wyborów. Mówiąc szczerze, nie bardzo wyobrażam sobie koalicję, która składałaby się z Konfederacji i środowisk radykalnych. Widzimy przecież, jacy tam są ludzie i jakiego są pokroju. Wracają bardzo niepokojące figury i postawy.
Nie chcę się zarzekać, ale jeśli do tego dojdzie, to niewykluczone, że opuszczę kraj.
Homo sovieticus, krótka pamięć i polska melancholia
W przywoływanym już wywiadzie mówi pan, że „armia radziecka nie wyszła dotąd z głów wielu Polaków”. Czy w ten sposób odświeża pan pojęcie homo sovieticus księdza Tischnera?
W jakimś sensie tak. Ten homo sovieticus trochę przysnął przez pewien czas, kiedy zachłysnęliśmy się Europą, Unią Europejską i możliwością podróżowania bez barier. Wielu ludzi zapomniało, że kiedyś paszporty leżały w urzędach i że czasem trzeba było coś podpisać, by je otrzymać. Ja sam bardzo długo czekałem na paszport. Dopiero po Okrągłym Stole udało mi się wyjechać za granicę, by podszkolić język niemiecki.
Ta krótka pamięć powoduje, że nie pamiętamy, jak to było. A dziś zastanawiam się, skąd u wielu Polaków bierze się sentyment do Wschodu. Przecież wiemy, jak się żyje w Rosji i jak się żyło w Związku Radzieckim. Czy demokracja liberalna po prostu się im znudziła? Nie umiem na to pytanie odpowiedzieć do końca, ale bardzo się tego obawiam.
Czyli homo sovieticus byłby samoreplikującym się wzorem?
W jakimś sensie tak. I prawdopodobnie tkwi w głowach tych samych ludzi, którzy pozbawieni umiejętności myślenia krytycznego skłonni będą opowiadać się za jakąś formą faszyzmu. Niestety wydaje mi się, że to się ze sobą łączy.
Na tle tego wszystkiego ma pan poczucie, że po to budowaliśmy Polskę przez ostatnie trzydzieści lat, by teraz z jakąś autodestrukcyjną radością to niszczyć?
To właśnie najważniejsze pytanie. Tym bardziej że bardzo wielu Polaków mojego pokolenia narażało się w czasie stanu wojennego i PRL-u, walcząc o wolną Polskę. Niektórzy z nas - ja również - mają status osób działających w podziemiu antykomunistycznym. Poświęciliśmy część życia. I teraz co? Dziś, kiedy jesteśmy rzekomo dwudziestą gospodarką świata, kiedy nawet obywatele zza granicy zazdroszczą nam poziomu życia, czystości miast i warunków życia, my znów gotowi jesteśmy to zaprzepaścić.
Być może profesor Tischner miał rację, kiedy w 1979 roku pisał słynny esej „Chochoł sarmackiej melancholii”. I może wraca to Wyspiańskie: „Miałeś, chamie, złoty róg”. Bo jakoś tak bywało w naszej historii, że kiedy otwierała się przed nami droga rozwoju, to sami fundowaliśmy sobie upadek. Tu właśnie pojawia się polska melancholia narodowa, która karmi się porażkami. Ta melancholia umarłaby z głodu, gdyby tych porażek zabrakło.
Dlatego, jak już wspomniałem, nadzieję widzę w młodym pokoleniu. Być może tylko ono będzie w stanie się z tej melancholii wyzwolić. Jeśli spojrzymy na historię: polskie oświecenie zaczynało się fantastycznie - i co? Skoczyliśmy sobie do gardeł i przyszły rozbiory. Polska międzywojenna - ogromny rozwój, a potem zamordowaliśmy prezydenta Narutowicza. Czy historia się powtórzy? Wcale bym tego nie wykluczał.
Młodzi, religijność i świat wirtualny
Widzi pan, że młodzi Polacy już nie tak chętnie spoglądają w stronę Saturna, boga melancholii?
Nie spoglądają, ale też - poza wyjątkami - nie są szczególnie zaangażowani w odpowiedzialność społeczną. Raczej żyją w świecie wirtualnym: gier komputerowych, portali społecznościowych. I być może również ich będzie musiał dosięgnąć los, żeby zrozumieli to, o czym mówimy.
Wspomniał pan wcześniej o oświeceniu. Podobne słowa padały już z ust różnych polityków, że Polsce zabrakło „porządnego oświecenia”.
Tak, bo Europa przez cały wiek czytała Kanta, który wzywał do sapere aude - odwagi myślenia na własny rachunek. Ci Polacy, którzy w PRL-u zdobyli się na ogromny wysiłek, by wychylić głowę poza mur oddzielający nas od Zachodu - część inteligencji, artyści, autorytety - doskonale to rozumieją. Ale niestety w wielu miejscach w Polsce ten stan umysłu nadal pozostaje problemem.
Co to znaczy?
Kiedy rozdawałem ulotki Rafałowi Trzaskowskiemu podczas jego pierwszej kampanii prezydenckiej, bo jesteśmy kolegami z tej samej uczelni, to nie wystarczyło, że ktoś po prostu nie wziął ulotki. Musiał mi jeszcze napluć na buty. Albo - przepraszam za dosadność - pewien rolnik zdjął bieliznę, żeby pokazać mi, gdzie ma Trzaskowskiego. Ja, kiedy nie popieram jakiejś partii, po prostu mówię „dziękuję” i się uśmiecham. A to, co opisałem, pokazuje postawy ludzi, którzy nie czytają, nie myślą krytycznie. Polska potrzebuje takiej diagnozy, choć wiem, że ona boli.
Instytucje, które powinny bronić demokracji
Jaką rolę dostrzega pan w instytucjach, które narodziły się w wieku oświecenia? Z jednej strony Timothy Snyder apelował: „chrońcie instytucje”, z drugiej Daron Acemoglu pisze, że to instytucje decydują, czy narody wygrywają, czy upadają.
Hannah Arendt zwracała uwagę, że są trzy instytucje, które bronią demokracji i wartości: niezależne media, autonomiczne uczelnie i niezawisłe sądy. Widzimy dziś, w jakiej sytuacji są w Polsce sądy i praworządność. Uczelnie formalnie są autonomiczne, ale mam pretensję do wielu moich kolegów, bo mnie profesor Tischner i profesor Skarga uczyli odpowiedzialności za myślenie, a także za kondycję życia społecznego. Tymczasem wielu ludzi akademii zajmuje się wyłącznie własnymi „ogródkami” i nie angażuje się w kryzys wartości.
A media? Nawet w prywatnych mediach mam czasem wrażenie, że niektórzy dziennikarze zachowują się jak sponsorzy walk MMA. Dobierają rozmówców tak, by się naparzali. Dopiero kiedy skaczą sobie do gardeł, reakcja przychodzi natychmiast, emocje rosną, słupki oglądalności też. Właściciele są zadowoleni, ale z tego nic dobrego nie wynika. Podział społeczny jeszcze bardziej się pogłębia.
Jeśli te trzy instytucje zostaną rozmontowane albo same się poddadzą, to zgasną ostatnie latarnie. A wtedy będziemy żyli w całkowitych ciemnościach.
Ale zostając przy świecie akademickim: pojawił się pomysł, by uczelnie wypracowały mechanizmy reagowania na jawne brednie głoszone przez część wykładowców. Co pan na to?
Mam taki przykład z własnej uczelni, gdzie władze zadziałały. Jeden z profesorów, bardzo dobry dydaktyk fizyki, został zawieszony przez rektora w prowadzeniu wykładów. Są więc uczelnie, które reagują - i powinny reagować. Bo jeśli tam nie będzie reakcji, to od kogo mamy się jej spodziewać? Uczelnie nie powinny płynąć z „płynną nowoczesnością”, jak powiedziałby Zygmunt Bauman, tylko stawiać opór. Dla mnie kultura, nauka i myślenie są właśnie miejscem oporu - w sensie pozytywnym.
Kościół, religia i polska religijność po kapitalizmie
Rozmawiamy w wielkanocny poniedziałek, więc chciałbym zapytać jeszcze o Kościół i religię. Od kilku miesięcy opinia publiczna śledzi zmiany wprowadzane w krakowskim Kościele przez kard. Grzegorza Rysia. Czy to oznacza, że Kościół i religia wciąż są dla nas ważne?
Dla większości Polaków tak. Po pierwsze dlatego, że Kościół w Polsce, szczególnie w okresie PRL-u i stanu wojennego, odgrywał bardzo ważną rolę. Był miejscem wspierającym społeczeństwo obywatelskie, pośredniczył także w pomocy materialnej. A potem, po 1989 roku, te zamrożone wcześniej zróżnicowania zaczęły gwałtownie wychodzić na jaw i Kościół zaczął bardzo silnie skręcać w prawo.
Kiedyś mówiło się, że w Krakowie jest Kościół otwarty, a w Toruniu - zamknięty. Dziś mam wrażenie, że Kościół w Polsce jest w ogromnej mierze zamknięty. Dlatego wielką nadzieję wiążę z tym, co robi kard. Ryś, i z innymi duchownymi, którzy próbują coś zmieniać. Natomiast znaczna część episkopatu znajduje się w sytuacji bardzo trudnej do zrozumienia, zwłaszcza jeśli chodzi o relacje z polityką.
To także jest efekt braku oświecenia, bo jednym z jego skutków w Europie był rozdział państwa od Kościoła. We Francji może najbardziej wyraźny. Tymczasem Polska jest krajem, w którym ołtarz, tron i władza pozostają ze sobą bardzo silnie połączone. Do tego stopnia, że wielu polityków liberalnych nie wyobraża sobie wygrania wyborów bez poparcia Kościoła. I dlatego wykonują różne ukłony w jego stronę.
Czy to się zmieni? Nie wiem. Mogę tylko powiedzieć, że bardzo kibicuję kardynałowi Rysiowi i liczę, że wreszcie zacznie zwyciężać chrześcijaństwo ewangeliczne, a znikać będzie chrześcijaństwo kościelne - jak mówił kiedyś ks. Tischner.
A nasza religijność - to ta sama religijność, którą badał pan u boku księdza Tischnera? Czy po epoce turbokapitalizmu mamy do czynienia z czymś innym?
Trudno powiedzieć jednoznacznie. Z jednej strony mamy naturalne, narodowe wręcz społeczne przywiązanie do Kościoła jako instytucji i do liturgii - polski katolicyzm jest bardzo symboliczno-rytualny. Ale przez to, że nie przeszliśmy głęboko przez reformację, ta religijność nie jest u nas religijnością etyczną.
W Polsce można łamać niemal wszystkie przykazania - od pierwszego do dziesiątego - i nie wywołuje to szczególnej reakcji. Ale jeśli naruszy się symbolikę religijną, wtedy natychmiast podnosi się alarm. To pokazuje, że wciąż mamy do czynienia przede wszystkim z religijnością rytualną, a nie etyczną.
A kiedy obserwuje pan młodych ludzi na AGH - ma pan wrażenie, że to jeszcze ten sam model religijności?
Tego po prostu nie wiem. Nie prowadzę badań socjologicznych i nie mogę udawać, że mam w tej sprawie pewność. Z moimi studentami nie rozmawiam bezpośrednio o ich religijności. Jeśli temat religii wraca, to raczej w sferze teoretycznej - kiedy omawiamy pewne modele i klasyczne dzieła.
Natomiast kiedy patrzę na ich zainteresowania badawcze, to jestem trochę przerażony. Dziewięćdziesiąt procent zajmuje się albo współczesną fantastyką filmową, albo grami komputerowymi. Bardzo mało jest namysłu teoretycznego, a to napawa mnie niepokojem.
Dlaczego?
Bo od myślenia krytycznego nie uciekniemy. Mam wprawdzie kurs myślenia krytycznego dla doktorantów i widzę ogromne zainteresowanie, ale to chyba za mało. Starsze pokolenia żyły wcześniej zamknięte w ideologii sowieckiej, a dzisiejsze młode pokolenia żyją bardziej w świecie wirtualnym niż realnym. I być może znowu potrzebne będzie zderzenie z realnością, żeby to zrozumiały.
Polska w sytuacji krytycznej
Gdyby na koniec zapytać najogólniej: co dzieje się dziś z Polską?
Polska jest w sytuacji krytycznej. A przypomnę, że słowo to pochodzi z greki. Kritike oznaczało myślenie w sferze życia społecznego i politycznego. Później termin ten przeszedł do medycyny i zaczął oznaczać moment przełomowy - taki, w którym lekarze mówią rodzinie, że pacjent znajduje się w stanie krytycznym i najbliższy czas pokaże, czy zacznie zdrowieć, czy umrze.
Mam wrażenie, że zarówno świat, jak i Polska właśnie w takim momencie się znajdują. To czas wielkiego przesilenia. Trzeba wspierać dobre tendencje. Każdy, kto może, powinien o tym mówić i myśleć. Jeśli tego nie zrobimy, możemy znaleźć się w sytuacji bardzo trudnej.
A jakie „jednostki chorobowe” diagnozuje pan w Polsce?
Konformizm. Wygodę, którą przyniósł kapitalizm. Brak partycypacji społecznej. Brak odpowiedzialności za życie publiczne. Brak zrozumienia, że polityka to nie jest jakaś obca władza, która nami rządzi, ale odpowiedzialność społeczna. To my, obywatele, jesteśmy pracodawcami polityków. To my płacimy im pensje z naszych podatków. I to my powinniśmy ich rozliczać, zabierać głos publicznie i dbać o dobro wspólne.
A pańskie przestrogi dla Polski?
Niestety wraca chochoł sarmackiej melancholii. Wraca obojętność i bezmyślność. I tego obawiam się najbardziej.
Gościem Radia Kraków był prof. Tadeusz Gadacz - filozof, religioznawca, publicysta, wykładowca związany obecnie z Akademią Górniczo-Hutniczą, uczeń księdza Tischnera.