Sprawa jest poważna. To nie jest żaden fejk. W Stanach Zjednoczonych ten proces porównuje się do wielkiej wojny z koncernami tytoniowymi z lat 90. Wyobraźmy sobie dziewczynę Kaylee, która wpadła w spiralę Instagrama jako dziewięciolatka, a potem spędzała tam 16 godzin dziennie. To tak jakbyśmy zaczęli scrollować przy śniadaniu, a skończyli, gdy sąsiedzi wychodzą do pracy następnego dnia.
Prawnicy właśnie wyciągnęli kwity Mety. Oficjalnie Instagram jest od trzynastego roku życia, ale wewnętrzne dokumenty mówią jasno. Cztery miliony użytkowników to dzieciaki grubo poniżej tej granicy. Dla nich nasze mózgi to po prostu darmowy bufet.
Dlaczego właściwie nie potrafimy odłożyć tego telefonu? Co te algorytmy robią nam w głowach albo z naszymi głowami, że stajemy się tym bufetem? Działamy jak psy Pawłowa. To jest czysta inżynieria behawioralna. Najciekawsze jest to, że mózg nie szaleje wtedy, gdy dostaniemy lajka, ale wtedy, gdy czekamy, aż się on pojawi. Organizm pompuje kortyzol i adrenalinę, a my jesteśmy na ciągłym cyfrowym głodzie. Boimy się, że ominie nas rolka z psem robiącym fikołki, a w tym czasie tak naprawdę omija nas własne życie.
Czego młody mózg potrzebuje najbardziej, żeby nie rdzewieć? Nudy. Takiej starej, poczciwej ciszy. Zamiast czekać na wyrok sądu, zróbmy proces u siebie. Kupmy analogowy budzik za 20 złotych, wyrzućmy telefon z sypialni. Jajecznica bez filtra z Instagrama smakuje o niebo lepiej.