Chcielibyśmy krzyknąć - bierzcie i kupujcie sobie za to coś ładnego, ale prawda jest taka, że jeśli klikniecie w ten przycisk, jedyną osobą, która zrobi sobie prezent, będzie internetowy oszust. Ta kampania to hakerski majstersztyk. Zapomnijmy o koślawych mailach z błędami, które wyglądają, jakby pisał je pijany translator. Tutaj wszystko jest na wysoki połysk.
Scenariusz klasyczny - haczyk na chciwość. Cieszymy się z darmowej gotówki, klikamy "zaktualizuj dane" i trafiamy na stronę, która wygląda identycznie jak panel PGE. Potem zaczynają się schody. W kolejnym kroku oszuści proszą o coś, co powinno odpalić w naszej głowie wielki czerwony neon z napisem - "uciekaj". Chodzi o dane karty, numer, datę ważności i ten trzycyfrowy kod z tyłu.
Zastanówmy się na chłodno. Po co komuś nasz tajny kod, żeby przelać nam pieniądze? To tak jakby kurier chciał nam zostawić paczkę na wycieraczce, ale przy okazji poprosił o klucze do mieszkania, kod do sejfu i listę miejsc, w których trzymamy biżuterię. Ten kod służy do wyciągania pieniędzy, a nie do ich wpłacania.
Gdy tylko wpiszemy dane, oszust w ułamku sekundy podpina naszą kartę do swojego telefonu i idzie na zakupy na nasz koszt. Zanim dopijemy tę kawę, konto może być lżejsze o kilka tysięcy złotych.
Nie dajmy się też nabrać na tę zieloną ikonę kłódki w przeglądarce. Kłódka nie oznacza, że strona jest uczciwa. Ona mówi tylko tyle, że połączenie jest szyfrowane. To tak, jakby złodziej rozmawiał z nami przez bezpieczny, zakodowany telefon. To, że nikt nas nie podsłuchuje, nie znaczy, że po drugiej stronie nie siedzi naciągacz.
W takim razie co mamy zrobić, żeby nie zacząć dnia od straty? Zasada jest prosta. Dostałeś taki mail? Nie klikaj w nic. Zero interakcji. Zamknij przeglądarkę, wpisz adres PGE ręcznie w oknie wyszukiwania, zaloguj się do prawdziwego panelu i tam sprawdź stan konta. Albo po prostu zadzwoń na infolinie.
W internecie każda nadpłata od nieznajomego to niemal zawsze w zapowiedzi straty.