Czy rzeczywiście jest tak, że „wysuszyliśmy” słowackie stacje z oleju napędowego, który był tam tańszy? Czy raczej premier Fico mówi do swojego elektoratu i wskazuje wroga - Polaka tankującego przy granicy?
Zdecydowanie skłaniam się ku tej drugiej opcji. Nie ma realnej możliwości, żebyśmy „wysuszyli” słowackie stacje z diesla. Tym bardziej że ekonomicznie to się po prostu nie opłaca - trudno uzasadnić wyjazd za granicę dla oszczędności rzędu kilkunastu czy kilkudziesięciu groszy na litrze.
Poza tym skala tego zjawiska to raczej margines - promile albo pojedyncze procenty?
Nie mam dokładnych danych, ale zdecydowanie można to traktować jako ciekawostkę. Przypomnijmy sobie sytuację z 2022 roku, gdy paliwo było drogie - wtedy to kierowcy z Niemiec przyjeżdżali tankować do Polski. Takie zjawiska się zdarzają, ale mają charakter incydentalny. Trudno sobie wyobrazić, by mogły zakłócić podaż diesla w skali kraju.
Tymczasem rząd słowacki wprowadza ograniczenia. Tankowanie tylko do pełna i maksymalnie jeden 10-litrowy kanister. Dla aut na zagranicznych tablicach ceny mają być wyliczane według średnich z Austrii, Czech i Polski. Problem w tym, że nie bardzo wiadomo, jak to egzekwować - zwłaszcza na stacjach samoobsługowych. Czy to nie jest dyskryminacja i czy w ogóle jest zgodne z prawem unijnym?
Na pewno rodzi to poważne wątpliwości. Ale niestety coraz częściej obserwujemy naruszanie pewnych zasad ładu międzynarodowego. Tego typu działania mogą być elementem komunikacji politycznej - rząd pokazuje wyborcom, że troszczy się o ich dobrostan i ewentualne braki paliwa może przypisać „obcym”, w tym przypadku Polakom.
Sytuacja na Słowacji jest też szczególna ze względu na problemy z dostawami ropy rurociągiem „Przyjaźń”. Fico obwinia Ukrainę, Zełenski wskazuje na Rosję. Czy mamy tu do czynienia z zarządzaniem kryzysem pod kątem politycznym?
Niewątpliwie tak. Kraje silnie uzależnione od rosyjskich dostaw na tym konflikcie tracą, bo zostały one ograniczone. To uderza w ich interesy gospodarcze.
Rządy - szczególnie takie jak na Słowacji - muszą zadbać o wrażliwy elektorat, więc tworzą narrację, która tłumaczy ewentualne podwyżki cen paliw. To jest klasyczny mechanizm polityczny.
Jesteśmy w Unii Europejskiej, handel przygraniczny funkcjonuje. Słowacy przyjeżdżają do Polski na zakupy, my nie mówimy, że „ogołacają” nasze sklepy. Czy takie zjawiska są naturalne?
Zdecydowanie tak. I co ważne - są korzystne dla sprzedawców. Większy ruch oznacza większe obroty i zyski.
Obecna sytuacja jest wyjątkowa, bo mamy konflikt zbrojny i rosnące ceny paliw. To uderza w wyborców, więc rząd szuka narracji, która to uzasadni.
Z obiektywnego punktu widzenia teza o „wysuszaniu stacji” jest po prostu fałszywa. Ale politycy nie są rozliczani z pełnej szczerości, tylko ze skuteczności w budowaniu poparcia.
Na Słowacji pojawił się też efekt, który łatwo było przewidzieć - ograniczenia wywołały panikę i lokalne braki paliwa.
Dokładnie tak. Mamy podobne doświadczenia z innymi towarami. Jeśli ludzie zaczynają kupować na zapas, bardzo szybko dochodzi do chwilowych niedoborów. Panika sama w sobie potrafi stworzyć problem, którego wcześniej nie było.
Jaki wpływ może mieć ta sytuacja na polską gospodarkę?
Trudno to jednoznacznie przewidzieć. Wszystko zależy od długości i przebiegu konfliktu.
Na dziś mamy zabezpieczone dostawy ropy i gazu, magazyny są w dobrym stanie, więc bezpośrednie zagrożenie jest ograniczone.
Natomiast jeśli wojna się przedłuży i zniszczona zostanie infrastruktura energetyczna, odbudowa potrwa długo. To oznaczałoby utrzymanie wysokich cen surowców, a w konsekwencji wyższą inflację i negatywny wpływ na gospodarkę - nie tylko w Polsce, ale globalnie.
Gościem Radia Kraków był prof. Sławomir Śmiech, prorektor ds. nauki Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie.