Joanna Gąska: Na jakim etapie jest budowa centrum symulacyjnego medycyny pola walki?
Płk Janusz Piskorowski: Generalnie jesteśmy na początku tej drogi. Trzeba mieć świadomość, że służba zdrowia w Wojsku Polskim jest w tej chwili w fazie reorganizacji. Długo w tym kraju uważano, że nie będzie żadnego konfliktu, że generalnie i wojsko i służba zdrowia w tym wojsku są niepotrzebne.
Konflikt na Ukrainie pokazał, jaki jest charakter obrażeń, strategia współczesnego pola walki. Nawet te doświadczenia, które były w Afganistanie, w Iraku, w tej chwili już nie przystają do warunków dzisiejszych. Przed nami kwestia wypracowania koncepcji działania i stworzenia programu szkolenia. Armie NATO mają określone procedury, to funkcjonuje, trzeba to po prostu wdrożyć.
Na jakim etapie jesteśmy, jeżeli chodzi o przygotowanie infrastruktury ratunkowej, gdzie pacjenci byliby transportowani ze strefy 0, w Małopolsce?
Nie wiem, czy mogę mówić na tym, na jakim jesteśmy etapie, ale generalnie konflikt na Ukrainie pokazuje, że to, co działało się w Iraku, czy w Afganistanie czyli ewakuacja w ciągu godziny do wyspecjalizowanych jednostek jest w tej chwili nierealna. Pod koniec ubiegłego roku Warszawski Uniwersytet Medyczny zorganizował konferencję na temat medycyny w konflikcie.
Zaproszeni Ukraińcy, poczynając od dyrektorów szpitali poprzez żołnierzy, kończąc na ratownikach pokazywali, jak to wszystko wygląda. Medycy są celem ataku. To powoduje, że w niebezpieczeństwie, w styczności wszystko generalnie schodzi pod ziemię. Jest problem z ewakuacją, na etapie pola walki, gdzie trzeba tego chorego zabezpieczyć. Ta pomoc jest robiona wieloetapowo. Pokazywano zdjęcia ludzi, którzy mają stazę taktyczną założoną po 7-8 dni. Warunki są bardzo trudne, bo do strefy śmierci nie da się wjechać żadnym środkiem transportu ani wlecieć śmigłowcem. Ten odcinek to obecnie około 30 kilometrów. To nie są już tylko rany postrzałowe, one stanowią 15 proc. wszystkich urazów. To są obrażenia wielonarządowe, rany szarpane, poparzenia.