Wczorajszy szczyt unijny nie przyniósł zawieszenia systemu ETS. Zapowiedziano jednak reformę. Jaka zmiana w systemie ETS mogłaby najszybciej zmniejszyć i ustabilizować ceny energii?
O stabilności cen energii na razie możemy zapomnieć. Nawet gdyby Unia Europejska poszła drogą, która wielu może się wydawać oczywista i słuszna, czyli zawiesiła albo odłożyła ten system na później, to i tak duża niestabilność wynika dziś z ogromnych ruchów na rynkach. Cena baryłki ropy potrafi w ciągu jednego dnia wzrosnąć o kilka czy kilkanaście dolarów, by potem spaść. Zawieszenie ETS mogłoby więc obniżyć ceny, ale nie zapewniłoby ich stabilności.
Wróćmy do zapowiadanej reformy ETS. W poszczególnych krajach Unii sytuacja wygląda przecież inaczej. W Polsce udział ETS w cenie energii to mniej więcej jedna czwarta, natomiast w Austrii odnawialne źródła energii stanowią około 90 procent miksu energetycznego. Czy da się stworzyć jedną zasadę dla całej Unii Europejskiej?
Właśnie po to ten system stworzono, by wywierać presję na kraje takie jak Polska. My niestety od dłuższego czasu z uporem trzymamy się węgla, choć nie jest to ani ekonomicznie uzasadnione, ani ekologicznie sensowne. Z drugiej strony droga proponowana przez Unię Europejską także jest daleka od tego, co ekonomista mógłby pochwalić. Jeśli chcemy jednocześnie niezależności od importowanych źródeł energii, czystej energii i stabilności dostaw, to nie ma lepszego rozwiązania niż energetyka jądrowa. Tymczasem polityka unijna bywała momentami wręcz szalona. Mam tu na myśli przede wszystkim Niemcy, które zamykały dobrze działające elektrownie atomowe, choć mogły one pracować jeszcze przez wiele lat. Ale dotyczy to również Polski, która od dawna mówi o atomie, a niewiele z tego wynika.
Dziś mamy sytuację, w której bardzo dużo płacimy za energię, bardzo dużo dopłacamy do górnictwa, a pieniądze pozyskiwane przez Unię z systemu ETS trafiają na cele, które z naszej perspektywy nie są obecnie najważniejsze. To nie jest tak, że te środki gdzieś znikają - one są przeznaczane na przykład na dopłaty do samochodów elektrycznych. W praktyce dotujemy więc zakupy aut raczej zamożniejszym ludziom, bo badania pokazują, że samochody elektryczne najczęściej kupują osoby bardziej majętne, często jako drugi samochód w rodzinie. Owszem, z punktu widzenia miasta takiego jak Kraków taki samochód jest czystszy, ale prąd, którym się go ładuje, już taki czysty nie jest. Kolejność została więc odwrócona. Gdybyśmy najpierw mieli dużo czystej energii elektrycznej, dopiero potem sensownie można byłoby budować system zachęt dla elektromobilności. Tymczasem cały ten system - i w Polsce, i w Unii Europejskiej - jest po prostu postawiony na głowie.
Co ciekawe, mimo że Austria ma tak wysoki udział OZE, jest jednak po stronie Polski i Włoch, które domagają się reformy ETS.
Tak, to prawda. To, że mamy sprzymierzeńca przede wszystkim w Giorgii Meloni, pokazuje, że coś być może jest jeszcze do ugrania. Komisja Europejska rzeczywiście wykazuje dużą determinację, by nie robić kroków wstecz, ale presja może pojawić się także ze strony Niemiec i innych państw. To może być początek poważniejszej rozmowy. Wydaje mi się też, że polska presja będzie tym silniejsza, że w tej sprawie podobnym głosem mówi i obóz prezydencki, i rząd. Gdyby odłożyć na bok polityczną retorykę, a skupić się na meritum, to stanowiska są tu do siebie zbliżone. Dlatego mimo tych pierwszych, niezbyt optymistycznych konkluzji, mam wrażenie, że negocjacje wcale nie są jeszcze zamknięte.
Trzeba jednak od razu powiedzieć, że ETS nie jest systemem z natury złym ani źródłem wszelkiego zła. To przecież jedno z podstawowych narzędzi transformacji energetycznej, a ta oznacza uniezależnianie się od dostaw węglowodorów. Jak mogłoby się więc skończyć całkowite zawieszenie systemu albo nawet wyjście z niego? Bo są też politycy, którzy o tym mówią.
To prawda. Są kraje, które całkiem poważnie to rozważają. I wydaje mi się, że nawet gdybyśmy z tego systemu wyszli, to poza doraźną ulgą niewiele by się zmieniło. Przecież nie jest tak, że chcemy utrzymywać górnictwo w nieskończoność. Nie jest też tak, że zrezygnujemy z budowy elektrowni atomowej. Nie jest również tak, że tam, gdzie odnawialne źródła energii mają w Polsce sens - choć nasze położenie geograficzne nie jest pod tym względem idealne - nie będą się rozwijać. To wszystko i tak by się działo, bo istnieją mocne argumenty ekonomiczne za przejściem na atom i w pewnym zakresie również na OZE, nawet bez ETS.
Z ekonomicznego punktu widzenia stworzono jednak przedziwną konstrukcję. Niby jest ona rynkowa, bo opiera się na handlu uprawnieniami do emisji. Niby istnieje mechanizm kompensacyjny, zgodnie z którym środki z tego systemu mają pokrywać negatywne skutki społeczne. Ale efekty są takie, że choć polska gospodarka uchodzi za silną i chętnie podkreślamy, że jesteśmy jedną z największych gospodarek świata, to już około 30 procent gospodarstw domowych w Polsce doświadcza ubóstwa energetycznego. Jeśli wejdzie ETS2, będzie jeszcze gorzej. Ubóstwo energetyczne oznacza, że wiele rodzin nie jest w stanie ogrzać swoich domów do rozsądnej temperatury albo ogrzewa je kosztem innych podstawowych wydatków.
Zanim przejdziemy do ETS2, zapytam jeszcze o ETS1, który - jak usłyszeliśmy wczoraj - ma zostać zreformowany do czerwca. Jak konkretnie można go zmienić?
Można zastanowić się choćby nad zwiększeniem puli bezpłatnych uprawnień do emisji. To automatycznie sprawiłoby, że cena na rynku, gdzie handluje się tymi uprawnieniami, byłaby niższa. Rozumiem jednak, że to byłyby rozwiązania połowiczne. Jak już mówiłem, sam system jest z ekonomicznego punktu widzenia bardzo trudny do zaakceptowania, bo tworzy konstrukcję wręcz karykaturalną. Można więc łagodzić jego skutki, zwiększając - mówiąc językiem ekonomii - podaż uprawnień, ale to tylko częściowo i przejściowo złagodzi problem. Nie rozwiąże go u źródła.
ETS2, obejmujący emisje z budynków i transportu, został przesunięty na 2028 rok. Czy dziś istnieją realne podstawy, by jeszcze bardziej opóźniać jego wejście w życie?
Wiele na to wskazuje, bo szacunkowe koszty mogą być naprawdę gigantyczne. Co więcej, byłyby to koszty bardzo niesprawiedliwie rozłożone. Efekt może być taki, że pogłębi się ubóstwo energetyczne. Dla wielu polskich rodzin nawet wakacyjny wyjazd za granicę może się okazać zbyt drogi, jeśli wzrosną ceny lotów i transportu. A jednocześnie, gdy spojrzymy na prywatne odrzutowce używane przez najbogatszych, to nawet wzrost kosztu paliwa o 100, 200 czy 300 procent nie zrobi dla nich większej różnicy. W przeliczeniu na pasażera emisja w prywatnym samolocie jest przecież znacznie większa niż w rejsowym. To budzi ogromny niepokój i może też prowadzić do dużych przetasowań politycznych w Europie, bo ludziom bardzo trudno będzie wytłumaczyć, dlaczego koszty mają być przerzucane przede wszystkim na słabszych, którzy wcale nie emitują proporcjonalnie więcej.
Na razie ETS2 odłożono o rok, a ETS nie zostanie zawieszony - taki sygnał popłynął po wczorajszym szczycie. Tymczasem dojdzie do uwolnienia rezerw ropy, a własne rezerwy uruchomi również Polska. Czy takie działania mogą realnie obniżyć ceny, czy to raczej tylko próba zahamowania dalszych wzrostów?
Przełożą się na ceny na pewno, ale z pewnością nie skompensują całkowicie tych wzrostów. Wydawało nam się, że jesteśmy już w bezpieczniejszej sytuacji, bo mocno zdywersyfikowaliśmy dostawców po tym, jak uświadomiliśmy sobie, że Rosja nie jest rzetelnym partnerem. Sądziliśmy, że państwa Zatoki Perskiej to kierunek stabilny, z dużą produkcją i bezpieczny z punktu widzenia dostaw. Tymczasem okazuje się, że także ten kierunek jest problematyczny.
To nie znaczy, że zabraknie nam paliwa czy innych surowców. One będą po prostu droższe. Gdy Europa będzie musiała uzupełniać braki - zarówno jeśli chodzi o benzynę, jak i gaz - będzie musiała licytować się z innymi krajami, które również chcą odbudować swoje zapasy. Dostępnego surowca będzie mniej, a ceny wyraźnie wzrosną. Dlatego potrzebne są działania osłonowe: krótkoterminowe, jak uruchamianie rezerw, ale też bardziej długofalowe, jak tarcze czy obniżanie podatków nakładanych na paliwa. Tyle że przy obecnej sytuacji budżetowej Polski ich wprowadzenie będzie bardzo trudne.
Mówi pan o licytowaniu się o surowce. Są już państwa w Unii Europejskiej, które wprowadzają dwa cenniki: drożej dla cudzoziemców, taniej dla swoich obywateli. Czy unijne prawo dopuszcza takie różnicowanie?
Nie dopuszcza, ale jesteśmy w takiej sytuacji, że po raz kolejny prawo sobie, a rzeczywistość sobie. Widzieliśmy już arbitralne zamykanie strefy Schengen, co również nie powinno było się wydarzyć bez wspólnego porozumienia. A jednak takie rzeczy miały miejsce. Podobnie jest z rynkiem paliw. Założeniem wspólnego rynku było to, że można swobodnie korzystać z oferty w innych krajach, kupować i przemieszczać się bez takich ograniczeń.
Tymczasem w niektórych państwach, choćby na Węgrzech, ceny maksymalne na benzynę obowiązują tylko dla kierowców na węgierskich tablicach rejestracyjnych. I takie rozwiązania zapewne będą się pojawiać częściej, zwłaszcza że już teraz widać wzmożony ruch przygraniczny tam, gdzie różnice cen paliw stają się opłacalne. Z prawnego punktu widzenia to jest nielegalne, ale mam wrażenie, że Komisja Europejska nie ma dziś skutecznych narzędzi, by z tym realnie walczyć, bo staje się to coraz powszechniejszą praktyką.
I jeszcze na koniec: biorąc pod uwagę ceny paliw w Polsce, czy to już moment na zdecydowaną interwencję rządu? A jeśli tak, to od czego należałoby zacząć? Od którego składnika ceny?
Wzrosty rzeczywiście były bardzo szybkie, to trzeba jasno powiedzieć. Ale sama cena nie jest jeszcze dziś przerażająca. Był już przecież czas, gdy przywykliśmy do poziomu około siedmiu złotych za benzynę i ośmiu za diesla. Natomiast nic nie wskazuje na to, by to był koniec wzrostów. Patrząc na scenariusze dotyczące zachowania cen ropy na światowych rynkach - także te przedstawiane ostatnio przez ekonomistów ING - wszystko wskazuje na to, że realizują się najbardziej pesymistyczne warianty: długa wojna, duże ograniczenia, ogromna niepewność, zakłócenia transportu. To oznacza dalszy wzrost cen.
To jest więc moment nie tyle na paniczne ruchy, ile na przygotowanie mechanizmów osłonowych. Nieważne, czy będzie to forma tarczy, wymuszania promocji na stacjach czy zmniejszenia części obciążeń podatkowych. Najważniejsze jest to, żeby cena paliwa nie osiągnęła poziomu naprawdę przerażającego, czyli zbliżającego się do 10 zł za litr.
Gościem Radia Kraków byłprof. Bartłomiej Biga z Uniwersytetu Ekonomicznego.