Gdybyśmy mieli diagnozować naród na podstawie TikToka, to polscy mężczyźni byliby gatunkiem na wymarciu i tylko dlatego, że rano bywają niewyspani. Prawda jest jednak taka, że to, co widzimy w sieci to fascynujące połączenie nowoczesnego marketingu z dziewiętnastowieczną sprzedażą cudownych eliksirów.
Naukowcy z Uniwersytetu w Sydney przyjrzeli się tym treściom. Wynik? Aż 85 procent internetowych ekspertów od testosteronu nie ma żadnego wykształcenia medycznego. O endokrynologii wiedzą mniej więcej tyle, co średniowieczni alchemicy o lotach w kosmos.
Mechanizm tego jest dosyć prosty. Najpierw trzeba nas wpędzić w kompleks. "Masz gorszy humor? Nie masz na nic siły?". Diagnoza influencerów jest zawsze ta sama. "Stary, Twoja męskość umiera. Kup nasz test albo odwiedź naszą prywatną klinikę". Czy brzmi jak klasyczny marketing oparty na strachu? Zdecydowanie tak.
72 procent tych postów to ukryte reklamy. Ale tu kończą się żarty i zaczyna się biologia. Testosteron to nie jest suplement diety, który można sobie wstrzykiwać między jedną a drugą kawą. To jest potężny hormon. Robienie z niego magicznej pigułki na pewność siebie bez opieki lekarza to mówiąc wprost igranie z ogniem.
Co dostajemy w tym pakiecie bonusowym? Zakrzepy, uszkodzenia nerek, problemy z sercem. Niekontrolowane przyjmowanie testosteronu często prowadzi także do bezpłodności.
Panowie, zmęczenie to zazwyczaj skutek stresu ośmiu godzin przed monitorem i braku snu, a nie dowód na to, że Wasza męskość wyparowała. Prawdziwa dojrzałość to umiejętność odróżnienia rzetelnej nauki od handlowca, który chce Wam wcisnąć igłę w pośladek, żeby nabić sobie portfel. Zanim uwierzycie panu z Instagrama, zróbcie morfologię, pogadajcie z lekarzem. Zdrowy rozsądek to wciąż najlepszy suplement!