Do Sejmu trafił poprawiony przez Ludowców prezydencki projekt SAFE Zero. Co państwo z nim zrobią? Czy parlamentarzyści Prawa i Sprawiedliwości będą chcieli nad nim pracować?
- Naturalnie. To duża szansa dla Polski. Mamy nadzieję, że to nie tylko PR-owy blef PSL, ale oni mają taką wolę. Oby nakłonili marszałka do pracy nad tym projektem.
W założeniu te pieniądze miałyby trafić do służb podległych MSWiA, a także na infrastrukturę związaną z obronnością. Czy tutaj ma pani jakieś wątpliwości co do przeznaczenia tych pieniędzy, przynajmniej według Ludowców?
- Jak chodzi o SAFE europejski, moje główne wątpliwości dotyczą warunków politycznych. To nałożenie na Polskę niebezpiecznego mechanizmu. Pieniędzy nie zobaczymy i będziemy ograniczani. Inaczej jest w przypadku pieniędzy pozyskanych w ramach naszego państwa. Jakieś zmiany są możliwe. Po to są prace w parlamencie. Strony muszą iść na ustępstwa. Kwestią wtórną jest, na jakie to pójdzie podmioty. To ważne, ale najważniejszy jest brak kajdan ze strony Unii. Unia wiele razy pokazała, że pod byle jakim pretestem może wstrzymać pieniądze.
Czyli rozumiem, że biorąc pod uwagę parlamentarzystów Prawa i Sprawiedliwości, jest zielone światło dla tego poprawionego projektu przez Ludowców, projektu notabene prezydenckiego, SAFE Zero?
- Jest zielone światło do pracy nad projektem prezydenckim. Co do poprawek PSL, po to są czytania w parlamencie, żeby prace się odbywały. Nie mówię, że musimy zaakceptować to, co proponuje PSL.
Czyli tak, ale dla prac nad tym projektem?
- Od tego jest parlament, żeby uzgadniać szczegóły.
Są w ogóle w NBP pieniądze na te cele, biorąc pod uwagę choćby spadające ceny złota? NBP raportowało straty raczej.
- Są pieniądze na to. Dzięki Bogu mamy NBP, swoje rezerwy. Nie jesteśmy zależni, jak inne kraje, które wprowadziły euro. Są pieniądze, jest pole do dyskusji.
Utrzymywanie ciepłych relacji z prorosyjskim obozem Orbana dzisiaj jest zgodne z polską racją stanu?
- Cała ta dyskusja jest absurdalna. Popatrzmy na mapę świata. Każdy kraj na wrogów i sojuszników. Każdy ma swoje interesy, które nie muszą być zbieżne z krajami ościennymi. Z jednej strony Węgrzy to nasi przyjaciele. Oni nam pomagali przez wiele lat. Mamy temat, co do którego jesteśmy rozbieżni. To ocena Władimira Putina. My oceniamy go krytycznie od zawsze. Jednak moc Putina wzięła się z tego, że zarobił duże pieniądze na handlu złożami. To nie przeszkadzało wtedy Niemcom, Francuzom i Donaldowi Tuskowi. Patrzmy realnie na interesy naszego kraju.
Mówi pani, że nie ma zgody na prorosyjską politykę prowadzoną przez Orbana, ale jednocześnie wspierają państwo obóz Orbana. Nie wspierają Państwo TISZ-y, Petera Magyara.
- Wspieramy obóz Viktora Orbana. Mamy wiele punktów zbieżnych z Węgrami. Nie zgadzamy się co do oceny Putina. Wiele razy to pokazaliśmy. Nikt nie zrobił w Europie tyle dla Ukrainy co rząd Mateusza Morawieckiego. Gdyby nie on, kraje europejskie były gotowe do wysłania niewielu hełmów.
Orban blokuje pieniądze dla Ukrainy na przykład.
- My Ukrainę wspieraliśmy i wspieramy. Jesteśmy tu rozbieżni. Tylko tyle. Jesteśmy krytyczni w stosunku do Niemiec w wielu kwestiach, ale rząd Donalda Tuska jest w Niemcy zapatrzony. Krew, która się leje za rosyjskie pieniądze, to skutki tej polityki.
Część prawicy - są też tacy publicyści z mediów prawicowych - odcina się, czy też krytykuje to zbliżenie z prorosyjskim Orbanem. Unia Europejska odsuwa Węgry od informacji poufnych. Szef węgierskiej dyplomacji nie tylko został oskarżony o to, że sprzedaje informacje Ławrowowi, ale już się do tego przyznał, że rozmawia z Ławrowem po szczytach unijnych.
- Krytycznie patrzymy na działalność Putina, jego krwawe rządy. Jest niewiele osób, które go tak krytycznie oceniają jak ja. Mamy niedługo 10 kwietnia. Robienie z nas osób przychylnych Rosji to odwracanie istoty rzeczy. Ekipa rządząca…
Nie dyskutujemy o stosunku do Putina, ale o stosunku do Orbana...
- Mamy się skonfliktować ze wszystkimi? Jak interesy są zbieżne, idziemy razem. Jak są rozbieżne, bronimy naszego kraju. Tak działa polityka międzynarodowa.
Gdyby w wyniku referendum doszło do odwołania prezydenta Krakowa, czy wystartuje pani w przedterminowych wyborach w Krakowie?
- Każda patia zastanowi się nad wystawieniem kandydata. Zobaczmy, czy referendum będzie skuteczne. Nie jestem uprawniona do prezentowania naszego stanowiska.
Czyli jeśli władze powiedzą „tak”, to pani wystartuje?
- To powiedział pan redaktor.
Gdyby była taka propozycja, to ją pani przyjmie?
- To pana ocena. Ja nie powiedziałam, że ją przyjmę. Sytuacja Krakowa w wyniku działalności PO jest dramatyczna. Każdy musi to mieć na uwadze. 9 miliardów długu, zero pomocy rządu. Rząd nie ma pieniędzy na podstawowe rzeczy – NFZ, żłobki, przedszkola. To szersza rozmowa. Poczekajmy na skutek referendum.
Gdyby wybory się odbyły i w drugiej turze nie było kandydata popieranego przez Prawo i Sprawiedliwość, a byłby Łukasz Gibała, to czy powtórzyłaby pani tę rekomendację z roku 2023, czyli każdy tylko nie Łukasz Gibała?
- Poczekajmy na rozwój wydarzeń. Nie będę gdybała. To przedwczesne.
Przekonał panią czymś Łukasz Gibała po 2023 roku, skoro dzisiaj się pani waha, a wtedy mówiła pani „nie”?
- Znowu proszę mi nie wkładać w usta słów. Nie powiedziałam, że się waham. Powiedziałam, że ocenimy sytuację w zależności od rozwoju. Zobaczymy. Mogę powiedzieć jedno. Moja ocena Łukasza Gibały jest krytyczna, ale stopień słabości Aleksandra Miszalskiego przeszedł oczekiwania wszystkich, nawet członków PO.
O takim scenariuszu też słyszałem – nie najsilniejszy kandydat Prawa i Sprawiedliwości w pierwszej turze i w drugiej turze poparcie dla Łukasza Gibały. Co wtedy pani zrobi?
- Rozmawiam z innymi członkami PiS. Dwa lata temu pewne osoby z naszej partii wyszły przed szereg i poparły Gibałę. To spotkało się z dezaprobatą. Przestrzegałabym przed samodzielnymi wypowiedziami w tej sprawie.