fot. materiały prasowe
Rosjanie i Ukraińcy potrafią coś, czego nasza armia jeszcze nie umie. Nie potrafimy wychodzić ze strefy komfortu. Proszę udać się do jednostki i poinformować żołnierzy, że wyjeżdżają na dwutygodniowy poligon a zamiast ogrzewanych namiotów, będzie dziura w ziemi i muszą sobie jakoś poradzić
- opowiada oficer.
Jak wynika z doświadczenia polskich ratowników działających na Ukrainie, do okopów trafiają coraz starsi i przewlekle chorzy. Przy pełnym ukompletowaniu jednostek, ci poborowi nigdy tam by się nie znaleźli.
Nawet najtwardszy granit pod odpowiednim naciskiem pęknie. Niestety Rosjanie ten nacisk nieustannie zwiększają
- mówi kapitan Duda.
Ukraińcy mimo braków, cały czas się szkolą w walce z dronami i udoskonalają procedury medyczne, zwiększając przeżywalność żołnierzy na froncie.
Ostatnie doniesienia medialne wskazują, że dla Ukraińców ratowanie zdrowia i życia swoich żołnierzy nie ma znaczenia. Jak to wygląda faktycznie?
kpt. rez. Damian Duda: Sklasyfikowałbym taką rewelację jako fake news. Dzięki ukraińskiemu systemowi wojskowej służby zdrowia przeżył mój człowiek, który półtora roku temu oberwał. Miał okropną ranę nogi, udało się go uratować w 5. Wojskowym Szpitalu Klinicznym w Krakowie, za co dziękuję doktorowi Malecie i całemu personelowi szpitala.
Dzięki wstępnej opiece i pomocy wojskowej służby zdrowia w Ukrainie, później cywilnej służby w Ukrainie mój człowiek dalej chodzi. Takich przypadków jest mnóstwo. Ukraina ma dziś najbardziej doświadczoną wojskową służbę zdrowia na świecie.
Wykształcają się nowe procedury, za którymi Amerykanie bardzo często nie nadążają, bo nie mieli jeszcze do czynienia z tego typu konfliktem. W Ukrainie buduje się jednostki wojskowe, wprowadza się rozwiązania, które w Polsce dalej są w fazie testów. Tam te rozwiązania ratują życie. Mówimy o naziemnych kompleksach robotycznych do ewakuacji. U nas używa się na testach pierwszych prototypów, a tam działają etatowe pododdziały wyposażone w roboty i mamy już pierwsze efekty. Jedna z brygad, z którą współpracujemy, w ubiegłym uratowała 150 ludzi dzięki takim robotom, bez narażenia życia drugiego człowieka.
Przy obecnym tempie szkolenia personelu medycyny taktycznej w Polsce, potrzeba kilkudziesięciu lat, żeby wyszkolić wystarczającą liczbę medyków bojowych, gotowych na warunki współczesnej wojny - przekonują eksperci. Zdaniem kpt. rez. Damiana Dudy, niezbędne są rozwiązania systemowe oraz praktyczne wykorzystanie doświadczeń zdobytych na ukraińskim froncie.
Planujecie szkolenia dla służb w Polsce?
- Chcielibyśmy to doświadczenie ukraińskie przełożyć na polski grunt i szkolić nasze formacje mundurowe. Już to robimy oddolnie, ale przyszedł czas na rozwiązania systemowe.
Co to znaczy?
- Trzeba uczyć instruktorów, którzy będą uczyli instruktorów, którzy będą przekazywali wiedzę w jednostkach. W chwili, kiedy pojawiamy się na szczeblu batalionu czy brygady, jesteśmy w stanie przeszkolić od 10 do 100 ludzi. Natomiast takich brygad i batalionów jest zdecydowanie więcej. Jeżeli nie zmienimy sposobu myślenia o medycynie pola walki, nie zmienimy przepisów i nie wykształcimy instruktorów, liderów nowego myślenia o medycynie pola walki, to wciąż będzie syzyfowa praca od podstaw, bez znaczącego wpływu na zmiany, które są nam potrzebne.
Co was powstrzymuje przed rozpoczęciem takich szkoleń systemowych?
- Jest zielone światło od dowódców jednostek, jest wola ze strony resortu. Natomiast współpraca z Ministerstwem Obrony Narodowej nie jest sformalizowana. Niestety przez biurokrację i przez instytucje, które zajmują się ochroną kontrwywiadowczą w armii, mamy "blok" na taką współpracę. Jesteśmy w stałym kontakcie z resortem, z ministrem Kosiniakiem-Kamyszem, ministrem Cezarym Tomczykiem. Jednak do momentu, kiedy takie porozumienie nie zostanie podpisane i sformalizowane, przerywamy proces szkolenia jednostek naszej armii. Skupimy się na szkoleniach jednostek MSWiA. Tutaj ze strony resortu współpraca i formalizacja przebiegają zdecydowanie sprawniej.
Rozumiem, że SKW na razie nie daje rekomendacji.
- Nie chciałbym mówić o detalach, rozmawiamy na ten temat z ministerstwem. Ale mówiąc ogólnie - nadal jest bardzo głęboka obawa przed wpuszczeniem do armii czegoś, co nie jest częścią wojska. Trochę na zasadzie nie puszczę dziecka na basen, żeby się nie utopiło, a w tym momencie to wylanie dziecka z kąpielą, bo ono się w tym tempie pływać nie nauczy. Przyszedł czas na zmiany. Jesteśmy gotowi pomóc całkowicie niekomercyjnie, nieodpłatnie (tak jak robiliśmy to do tej pory) te zmiany do polskiej armii wprowadzać. Teraz to już kwestia woli ze strony rządzących i resortu.
Musicie być niesamowicie zgrani. Ludzie mają różne charaktery...
Jeżeli dochodzi do jakiegoś nazwijmy to, braku synchronizacji, te mechanizmy się docierają i w końcu jednak dochodzimy do jakiejś harmonii, do sytuacji, w której to zaczyna pracować jak naoliwiona maszyna, zaczynamy łapać balans.
Rozumiem, że jesteście doświadczeni i was pewne rzeczy już w ogóle nie dziwią i nie ruszają, ale jest też jakaś granica wytrzymałości.
Wierz mi, jeżeli nie śpisz piąty dzień i nagle udaje się złapać godzinę snu w dziurze w ziemi a obok ciebie twój kolega zaczyna chrapać tak, że tynk leci ci ze ściany, tudzież z ziemianki, to masz go ochotę zamordować i nie wiesz, kogo nienawidzisz bardziej, Rosjan, czy jego.
Wracając do dronów uderzeniowych, czy dronów kamikadze. W jaki sposób Ukraińcy organizują szkolenia obronne?
Podstawowym strzelaniem szkolnym żołnierzy ukraińskich, jest strzelanie do dronów na strzelnicach. Ciągnie się łańcuchy albo sznurki z balonami. Żołnierze ćwiczą strzelanie do takich balonów, co ma odpowiadać nadlatującym dronom. To już jest standard w ukraińskim szkoleniu. Rosjanie robią to bardzo podobnie. Też ćwiczą się w strzelaniu do obiektów latających. W tamtym roku Rosjanie wydali szóstą wersję podręcznika piechoty dla żołnierzy, napisaną na podstawie doświadczeń z operacji specjalnej, jak oni nazywają ten konflikt zbrojny. W ciągu 4 lat wydali 6 podręczników. Ostatnia wersja została zaktualizowana o nowoczesne sposoby walki. To podręcznik dla szeregowego żołnierza. To tylko dowodzi, że jedna i druga strona wprowadzają zmiany po to, by efektywnie się bronić, ale też efektywnie walczyć.
Widziałeś takie wojny dronowe, gdy się wzajemnie atakują?
Widziałem wielokrotnie, jak działają drony po jednej i po drugiej stronie. Byłem też zwierzyną, na którą polowały. Na szczęście nieskutecznie.
Nasze pojazdy też obrywały dronami. Mieliśmy samochód wyeliminowany na skutek działania rosyjskich droniarzy. Specnaz opublikował materiał, w którym dronem na światłowodzie uderzają w nasz wóz. Podpisali to jako samochód do logistyki przekazany z Polski. Szczęśliwie nie skojarzyli faktów, że my to my i nie polowali dalej. Moi Ludzie byli w okopie dosłownie 50 metrów dalej. To jest ta rzeczywistość, która cię dotyka i od której nie uciekniesz. To trochę tak jakbyś pojechała na Pacyfik, pływała w oceanie i nigdy nie doznała konfrontacji z rekinem. Te drony tam są, tak jak rekiny są w oceanie, w pewnym momencie cię wyczują i będą do ciebie płynęły.