Jednym ze skutków awantury o program SAFE jest przebicie się do społecznej świadomości sprawy polskich rezerw bankowych. Skoro ich wielkość uświadomił wszystkim prezes NBP, to czy Koalicja 15 października będzie w jakiś sposób naciskać na prezesa Glapińskiego, by rzeczywiście część rezerw sprzedał?
- Miał taki zamiar. Mówmy, jak się wszystko potoczyło. Prezes Glapiński z panem Karolem Nawrockim, bo używam takiego określenia, wymyślili coś dziwnego. Powiedzieli, że NBP ma zysk. Tego nie ma. Zysk by powstał wtedy, jakby złoto zostało sprzedane. Nie zostało. Prezes Glapiński zapowiedział, że nie uszczupli rezerw NBP.
Ale SAFE przepuszczony przez Fundusz Wsparcia Sił Zbrojnych ominie policję i straż graniczną. Dzięki sprzedaży części rezerw, można byłoby to uzupełnić. Czy będą państwo chcieli w rządzie drążyć ten temat?
- Ten zysk, jakby zostało złoto sprzedane, pojawiłby się w przyszłym roku. Pieniądze są potrzebne już. Po zamknięciu roku księgowego można powiedzieć, czy bank ma zysk, czy stratę. Ona ma teraz 100 miliardów straty. Nawet jakby się pojawiły pieniądze w wyniku sprzedaży tego złota, w bilansie w przyszłym roku by się okazało, że strata NBP nie wynosi 100 miliardów, ale 80. Strata jednak będzie. Pieniędzy nie ma. Oni oszukali społeczeństwo. Nie mamy tych pieniędzy.
Czyli odpuszczają państwo temat sprzedaży części rezerw?
- Jak chodzi o to, na pewno tak. Ustawa nie pokazuje, skąd mają być pieniądze. Tam jest zapisane, że pieniądze nie będą tylko z zysku NBP, ale też z obligacji i kredytów. Oni wprowadzili system, który zadłuża Polskę. Skoro nie będzie zysku, pieniądze powinny być z obligacji lub kredytu. To nie jest darmowe. Jedno wielkie oszustwo.
Będą państwo dążyć do tego, by szef NBP zapłacił w jakiś sposób za projekt SAFE Zero? Będą chcieli państwo wyprowadzić prezesa Glapińskiego z NBP?
- To upolitycznienie stanowiska prezesa NBP. We wstępnym wniosku o postawienie prezesa Glapińskiego przed Trybunałem Stanu to jest. On potwierdził, że wniosek jest zasadny. Będziemy to procedować.
Procedować, czyli co się stanie?
- Przedstawimy Sejmowi sprawozdanie komisji.
Kiedy?
- W ciągu kilku tygodni przygotujemy sprawozdanie, dostanie to marszałek. Wtedy marszałek pod głosowanie w Izbie będzie przekładał ten wniosek o postawienie prezesa Glapińskiego przed Trybunałem Stanu. Sejm zdecyduje, czy wniosek przesłać. Pytanie, co zrobi z tym Trybunał Stanu? On jest powoływany przez I prezesa Sądu Najwyższego. Prezes Manowska powiedziała, że w kwestii pana Świrskiego nie zwoła Trybunału. Podobna sytuacja może być z prezesem Glapińskim.
Czy pożyczkę w ramach programu SAFE traktuje pan również jako jedną z polis na pozostanie Polski w strukturach Unii Europejskiej?
- Nie. Ta pożyczka nie wiąże nas aż tak z UE. Możemy ją zaciągać w różnych miejscach na świecie. Premier Błaszczak zaciągnął pożyczkę w Korei, także w USA. Jak pożyczymy pieniądze z UE, nie wiąże nas to. Unia nie wykorzysta tego…
Temat Polexitu jest podnoszony już.
- Temat Polexitu jest podnoszony z tego względu, że jedyną partią, która w tej chwili mówi otwarcie o Polexicie, jest Konfederacja Korony Polskiej. PiS robi wszystko, żeby elektorat, który od nich odpłynął, wrócił do nich. Muszą mieć podobną narrację. Skoro Korona mówi o Polexicie, działania PiS zbliżają nas do tego.
Nie wierzy pan, że politycy Prawa i Sprawiedliwości chcą naprawdę wyjścia z UE?
- Są nieobliczalni. Nie powiem tak, ani nie. Działania PiS szkodzą Polsce.
Był projekt Polski 2050 dotyczący wzmacniania obecności Polski w strukturach Unii Europejskiej. Chodzi o referendum. Co państwo z tym zrobią? To już od dawna czeka.
- Myśmy też to podnosili jako KO. Sytuacja, gdy można wyprowadzić Polskę z UE na podstawie wypowiedzenia umowy międzynarodowej przez Sejm i podpis prezydenta, jest niedopuszczalna. Decyzja o wejściu Polski do UE była na zasadzie referendum. Pomysł, żeby ewentualna decyzja o Polexicie była oparta na referendum, jest słuszny. Zrobimy wszystko, żeby uchwalić taką ustawę. Ona określi zasady ewentualnego wyprowadzenia Polski z UE. Musi być zabezpieczenie w formie referendum.
Ten projekt czeka już od dawna. Dlaczego wcześniej się państwo tym nie zajęli?
- Nikt o zdrowym rozsądku by nie myślał o wyprowadzaniu Polski z UE. Nagle jest kilku wariatów. Trzeba wprowadzić pewne ograniczenia, na wypadek jakby wariaci dostali takie poparcie, że coś takiego wykombinują. Dla bezpieczeństwa należy to zrobić. Narracja i przekaz PiS i Konfederacji zwiększa ilość osób, które poważnie zastanawiają się, czy nie trzeba tego zrobić. Myśmy kiedyś mieli 14-16% ludzi, którzy uważali, że powinniśmy rozważyć wyjście z UE. Teraz jest ich około 20%.
Ostatnie badania pokazują, że 82% jest za pozostaniem Polski w Unii Europejskiej. Mówiąc „wariaci”, pan ma na myśli oczywiście osoby, które chciałyby wyprowadzić Polskę z Unii Europejskiej?
- Tak. Te, które mówią o Polexicie. Te osoby działają na szkodę Polski. To niedopuszczalne, żeby takie osoby miały wpływ na losy dalszych pokoleń.
Parlament przyjął ustawę o reformie Państwowej Inspekcji Pracy. Przepisy czekają teraz na podpis prezydenta. To nowe rozwiązanie polega na tym, że inspektor będzie mógł wydać polecenie przekształcenia umowy cywilnoprawnej w umowę o pracę. Jeśli pracodawca tego nie zrobi, sprawą zajmie się Okręgowy Inspektor Pracy, a potem ewentualnie Sąd Pracy. Jakie będą skutki wprowadzenia tych przepisów? Czy wywołują jeszcze jakieś dyskusje, czy tu jest zgoda? Przedsiębiorcy różne mieli opinie.
- Pierwsza wersja była nie do przyjęcia. Jak premier to zobaczył, zareagował szybko. Ustawa została zmieniona ze względu na zastrzeżenia pracodawców. Dziwne to było, że inspektor mógł nakazać mi podpisanie umowy o pracę. Teraz jest to złagodzone. Ustawa nie zadziała wstecz. Poprzednia by spowodowała wielkie kary wstecz.
Składki by musiał płacić wstecz.
- Tak. To olbrzymie pieniądze. Jest pewna dowolność. Jak obie strony nie będą wykraczały poza granicę prawa i dojdą do porozumienia… Lekarze są zatrudnieni często w kilku jednostkach ochrony zdrowia. Jak jest w 5 przychodniach, musiałby mieć 5 umów o pracę. To by było ozusowane, składki. To chore. Są sytuacje, gdy inspektor może uznać, że jest zgoda obu stron i to nie wykracza poza ramy prawne, więc jest to dopuszczalne. Złagodzenie zapisów jest korzystne. Poszło to w dobrym kierunku. Co zrobi z tym prezydent? Ustawa jest na jego biurku. On ma dwa nałogi – snusy i weta. Będziemy go w stanie wciągnąć z tego nałogu?
Ale to nie jest tak, że wszystko wetuje.
- Zawetował więcej ustaw niż prezydent Duda przez dwie kadencje. To chorobliwe.
Jeszcze kwestia referendum krakowskiego. Jaką strategię pan by zalecał prezydentowi Krakowa? Demobilizować wyborów, milczeć, czy może tak jak to zrobił kiedyś prezydent Sopotu, który namawiał do tego, żeby iść i wzmocnić jego mandat w wyniku referendum?
- Wydaje się, że jak chodzi o krakowskie referendum, które się odbędzie, należy pokazać ludziom, że zastrzeżenia, które mieszkańcy mieli do prezydenta i Rady... Większość rzeczy to była decyzja Rady Miasta. Prezydent widział wątpliwości ludzi, z części pomysłów się wycofał, część zapisów zmienia. On chce pokazać mieszkańcom, że jak mają obiekcje, on może się cofnąć. To właściwe. Jak się okaże, że kontrowersyjne rzeczy zostały wycofane, sens pójścia i odwołania prezydenta traci sens.
Czyli demobilizacja? Druga strategia jest ryzykowna, ale bardzo wzmocniła mandat prezydenta Karnowskiego.
- Oczywiście, ale sytuacja z prezydentem Sopotu była nieco inna. Tam on wygrał zdecydowanie. W Krakowie różnica była niewielka. Mam pytanie do osób, które się podpisały. Kogo chcą na prezydenta? Jaką mają gwarancję, że nowy prezydent będzie lepszy od obecnego? Dajmy szansę na zakończenie kadencji Aleksandra Miszalskiego. Po wielu latach Jacka Majchrowskiego, zmiana w Krakowie nie jest prosta. Trzeba mieć czas na uporządkowanie tego. To, co robi Aleksander Miszalski, jest słuszne. Oby metro było jego sukcesem.