Odyseja to pojęcie, które właściwie mieści wszystko, ale nie do końca zakłada wędrowanie.
To pojemne hasło jest autorstwa Bartosz Szydłowskiego, a wspólnie pracujemy nad programem, nie czuję się indywidualną kuratorką. Zaczynamy tę Odyseję i postanowiliśmy uczcić dwudziestolecie właśnie takim rodzajem festiwalu, ponieważ ta nasza wędrówka po Nowej Hucie zaczęła się 20 lat temu. Pomysł, który w tym roku nam przyświeca, też nie jest nowy, ale nawiązuje do naszych działań w Nowej Hucie. Wychodzimy ze strefy komfortu, z teatru, który kiedyś był zrujnowaną przestrzenią hal i wędrujemy do miejsc, które są najbardziej odrzucane i niechciane. Przemek Czaja w swoim eseju mówił o takich przestrzeniach „nie-miejsca”, pozbawione tożsamości, które dopominają się, aby przypomnieć ich historię albo mówią nam, że dobrze byłoby je odwiedzić, ponieważ nie zawsze o nich pamiętamy, więc te miejsca i to wędrowanie po Nowej Hucie jest istotą całej Odysei.
W trakcie przedstawiania można powiedzieć Miłosz Łuczyński lub Milosh Luczyński, dlaczego? Wyjaśnijmy to wędrowanie.
Wymawiając moje imię i nazwisko w polski sposób, jest tam kilka polskich znaków, które wiążą mnie z miejscem, z którego pochodzę. Natomiast od kilkudziesięciu lat większość mojej aktywności i wszelakich realizacji odbywa się w innych przestrzeniach, niekoniecznie w Europie. Najczęściej artystycznie przebywałem w Azji albo na Dalekim Wschodzie, ponieważ tam sercem czuję się najlepiej. W tych miejscach nie używa się polskich znaków. Moje artystyczne imię to Milosh. Wymyśliłem to 30 lat temu mieszkając jeszcze przy ulicy Zyblikiewicza w Krakowie.
Jaka jest Pana relacja z Odyseją Nowohucką?
Marian Kruczek jeden z moich przodków, z którego zawsze byłem bardzo dumny, mimo że nigdy nie miałem przyjemności go osobiście spotkać, był jednym z ważniejszych artystów nowohuckich. Stworzył galerię „Pod Chmurką” i od samego początku istnienia Nowej Huty był bardzo aktywny i nieprawdopodobnie otwarty na różne rzeczywistości artystyczne. Pracował na Akademii Krakowskiej i z tego co wiem, był uwielbiany przez swoich studentów. Organizował różne parady, zupełnie szalone w Nowej Hucie. Był ekscentrykiem i świetnym rzeźbiarzem. Moja relacja poprzez Mariana i cztery kolejne osoby z jego rodziny, które udało mi się zaprosić, to relacja kilku pokoleń nowohuckich artystów aż do Kasi, która jest jego wnuczką, artystką i też mieszka w Nowej Hucie. Cztery osoby, czyli trzy pokolenia rodziny Kruczków, biorą udział w mojej wystawie i razem z nimi budujemy coś w rodzaju studia.
(cała rozmowa do posłuchania)