Pojawiają się opinie, że do wyborów na Węgrzech może w ogóle nie dojść. Podziela pan te obawy?
To raczej mało prawdopodobne. Faktycznie pojawiają się spekulacje o ewentualnym wprowadzeniu stanu wyjątkowego, który mógłby uniemożliwić głosowanie. Taka decyzja oznaczałaby jednak ogromne protesty społeczne. Nie sądzę, żeby Viktor Orbán zdecydował się na taki krok.
Mówimy o tym także w kontekście informacji o rzekomym ładunku wybuchowym na gazociągu między Węgrami a Serbią. Czy ta sprawa jest zamknięta?
Wszystko na to wskazuje. Serbski kontrwywiad wojskowy szybko wykluczył udział Ukrainy, a same doniesienia opierały się wyłącznie na wypowiedziach polityków. Nie było żadnych dowodów, nie zabezpieczono miejsca zdarzenia. Wygląda na to, że temat został zamknięty także przez stronę serbską.
Czyli większe zaangażowanie służb i wojska w okresie przedwyborczym jest jednak faktem?
Tak. Po wybuchu konfliktu amerykańsko-izraelskiego z Iranem Węgry podniosły poziom zagrożenia terrorystycznego. Wojsko skierowano do ochrony infrastruktury krytycznej, a w regionach przy granicy z Ukrainą wprowadzono ograniczenia, np. zakaz lotów dronów. Towarzyszy temu narracja o zagrożeniu ze strony Ukrainy i możliwym szantażu energetycznym.
Jak reagują na to sami Węgrzy?
Społeczeństwo jest wyraźnie podzielone. Sondaże wskazują, że opozycyjna partia TISZA ma w niektórych badaniach przewagę kilku punktów procentowych nad Fideszem. Jednocześnie duża grupa - nawet do 20–24 proc. - wciąż jest niezdecydowana.
Czy zapowiadany sukces opozycji należy traktować z dystansem?
Na pewno mamy do czynienia z istotną zmianą polityczną po 16 latach rządów Orbána. Widać wyraźne ożywienie społeczne, szczególnie wśród młodych wyborców, którzy w dużej mierze popierają TISZĘ. To sygnał zmiany pokoleniowej. Ostateczny wynik poznamy jednak dopiero przy urnach.
Czy dla Węgrów to rzeczywiście wybór między Unią Europejską a Rosją?
Taką narrację buduje opozycja. Trzeba jednak pamiętać, że lider TISZY nie jest bezwarunkowym entuzjastą UE. Opowiada się za współpracą i poprawą relacji z Brukselą, ale jego stanowisko jest bardziej pragmatyczne. To także element kampanii wyborczej.
A sprawa szefa węgierskiej dyplomacji Petera Szijjártó i jego kontaktów z Rosją?
Oceny są skrajnie różne i zależą od sympatii politycznych. Opozycja mówi o zdradzie narodowej, zwolennicy rządu - o normalnej praktyce dyplomatycznej.
Jak z perspektywy Unii Europejskiej wygląda znaczenie tych wyborów?
Jeśli Orbán wygra, UE stanie przed poważnym problemem, jak współpracować z Węgrami i unikać blokowania decyzji. Jeśli wygra opozycja, TISZA - należąca do Europejskiej Partii Ludowej - może wzmocnić główny nurt polityczny w Europie.
Już teraz Węgry mają ograniczony dostęp do niektórych informacji poufnych w UE.
Tak, a Orbán stosuje znaną strategię negocjacyjną - blokuje decyzje, by uzyskać ustępstwa. Ta taktyka często przynosiła mu efekty.
Co jest dziś najważniejsze dla wyborców na Węgrzech?
Najkrócej mówiąc: codzienne życie. Koszty utrzymania, ceny żywności, stan służby zdrowia, edukacji czy infrastruktury. Inflacja spadła, ale ceny nie. To właśnie te kwestie zdecydują o głosach niezdecydowanych.
Węgrzy są rozgoryczeni poziomem życia, zwłaszcza gdy porównują się z Rumunią?
To ważny czynnik. Politycy są oceniani przez pryzmat tego, jak żyje się ludziom na co dzień. W 2010 roku Orbán wygrał wybory hasłem poprawy jakości życia. Dziś sam musi zmierzyć się z podobnym wyzwaniem - zwłaszcza że sytuacja budżetowa kraju jest bardzo trudna.