Mechanizm działania dezinformacji często zaczyna się w naszej głowie. „Nasz mózg to taki genialny procesor, który czasem po prostu przechodzi w tryb oszczędzania energii”.
W praktyce oznacza to, że rezygnujemy z weryfikowania informacji. „Wyłączamy ten alarm” i wchodzimy w tryb szybkiej konsumpcji treści – szukamy emocji, nie prawdy. Jak pada w audycji: „My wtedy wcale nie szukamy prawdy. My polujemy na emocje”.
To właśnie wykorzystują twórcy manipulacji. Zamiast rzetelnych informacji tworzą treści, które wywołują silne reakcje – złość, strach albo poczucie wyższości. Dzięki temu łatwiej się rozprzestrzeniają.
Nawet osoby dobrze zorientowane w danym temacie mogą paść ofiarą manipulacji. Wystarczy przekaz dopasowany do ich zainteresowań – np. zmanipulowany obraz czy historia, która „pasuje do ich świata”. Wtedy łatwo uwierzyć, że „wiem więcej niż media głównego nurtu”.
Dodatkowym problemem jest zacieranie granicy między żartem a dezinformacją. Zgodnie z tzw. prawem Poe’ego, w internecie trudno odróżnić parodię od skrajnych treści. Fałszywe informacje bywają usprawiedliwiane jako „tylko żart”.
Na naszą podatność wpływa też powtarzalność przekazu. „Im częściej coś widzimy, tym bardziej wydaje nam się to prawdopodobne” – to tzw. efekt czystej ekspozycji.
Wniosek jest prosty: szczególną ostrożność trzeba zachować wtedy, gdy treść wywołuje silne emocje. „To jest ten moment, kiedy ktoś właśnie włamał się do Twojego inteligentnego domu. Obudź swojego antywirusa, zanim klikniesz udostępnij”.