Zapis rozmowy Mariusza Bartkowicza z posłem PO, Bogusławem Sonikiem.
Nie doszło do przestępstwa, choć było to zachowanie naganne pod względem etyczno-moralnym – tak prokuratura w Katowicach ocenia sprawę manifestacji, na której dwa lata temu wieszano na szubienicach zdjęcia europosłów głosujących za rezolucją Parlamentu Europejskiego ws. praworządności w Polsce. Śledztwo zostało umorzone. Jak pan ocenia tę decyzję?
- Po pierwsze dziwaczna historia, że przez dwa lata było śledztwo w tak prostej sprawie. Jest to ewidentne nawoływanie do przestępstwa i rodzaj groźby karalnej. To zdumiewające, że jest umorzenie. Teraz czas na sąd. Poszkodowani się odwołają od decyzji prokuratury. Mam nadzieję, że sąd będzie miał odmienne zdanie.
Nie przekonuje pana argumentacja, że jakkolwiek to zachowanie było moralnie naganne, to jednak nikt personalnych gróźb wobec polityków nie kierował i nie nawoływano do popełnienia przestępstwa?
- Nie wiem. Jeśli wiszę na szubienicy, jest tam mój wizerunek, to nie potrzebuję, żeby osoba stojąca obok krzyczała, że mam zawisnąć. To jasna wola. Prokuratura straciła niezależność, jest zależna od ministra sprawiedliwości. Prosty student prawa wiedziałby, jakie decyzje podjąć w tej sprawie.
W Platformie trwa wojna o prawybory? Pytam o nagłówki dzisiejszych gazet. Dziennik Gazeta Prawna pisze, że w PO wrze.
- Jeśli wrze, to jest to wrzenie pozytywne. Zaczynają się prawybory, dyskusje ideowe, programowe. Zastanawiamy się, w jakim kierunku PO powinna iść, jak utrzymać centrum, w którym PO znajduje się. Te dwie kandydatury pomagają wykrystalizować się pewnym poglądom. Jest lewicowy prezydent Poznania i centrowa Kidawa-Błońska. Wymiana zdań będzie ciekawa. To pobudza do myślenia.
Ledwo to wrzenie się zaczyna, jest już tłumione. Miały być trzy debaty kandydatów w prawyborach. Ostatecznie będzie jedna debata – 7 grudnia. Już 14 grudnia delegaci mają podjąć decyzję, kto będzie kandydatem.
- Tak, ale to pytanie do idei prawyborów i zwlekania z decyzją o wystawieniu kandydata. Było też oczekiwanie na decyzję Donalda Tuska. Zostało mało czasu. Postanowiono więc zrobić jedną debatę, żeby nie mnożyć i powtarzać spotkań. Tak widzę tę perspektywę. To niewiele czasu – raptem 2,5 tygodnia.
Małgorzata Kidawa-Błońska zdawała się być zaskoczona pojawieniem się kandydatury akurat Jacka Jaśkowiaka. Sam Jaśkowiak zdaje się zaskakiwać część członków PO radykalną agendą – wprowadzenie małżeństw jednopłciowych, eutanazja praktycznie na życzenie, dyskusja o swobodnym prawie do aborcji. Bez znaczenia kto wygra prawybory, będzie to służyć waszemu kandydatowi?
- Tu bym podzielił zdanie Katarzyny Lubnauer. Wygląda na to, ze prezydent Poznania pomylił prawybory i stara się wygrać prawybory na lewicy. Dla mnie to jednoznaczny sygnał, że należy popierać Małgorzatę Kidawę-Błońską.
Może Jacek Jaśkowiak słusznie diagnozuje, że z Lewicą będziecie toczyć większy bój niż z wyborcami Andrzeja Dudy?
- Tak. Wybory wygrywa jednak ten, kto potrafi przyciągnąć szerokie spektrum wyborców. W sposób naturalny w takich wyborach tonuje się skrajności, podkreśla się wspólne wartości i pokazuje zdolność do porozumienia. Tego wymaga kampania wyborcza prezydencka. Za wcześnie by było sygnalizować, że ja jestem tak zlewicowany, że tylko z nią chcę iść po wygraną.
Domyślam się, że agenda Jacka Jaśkowiaka jest panu odległa. Bliżej jest panu do konserwatywnej myśli. Warto wspomnieć słowa Jacka Jaśkowiaka. One mają inny kontekst, gdy w parlamencie jest Lewica. W wywiadzie dla Polsatu mówił: „Społeczeństwo polskie laicyzuje się szybciej, niż myślimy. Mit o konserwatywnej Polsce jest taki sam, jak o konserwatywnym Poznaniu, który zweryfikowaliśmy w 2014 roku, kiedy wygrałem tam wybory na prezydenta miasta”.
- Ja to traktuję jako pozycjonowanie się w prawyborach i zróżnicowanie swojej kandydatury. Mówienie, że on się odróżnia od kandydatki Kidawy-Błońskiej i idzie w kierunku przyszłości, która jest definiowana jako takie zmiany, które jemu się wydają, że następują w społeczeństwie. Zmiany następują, ale trzeba patrzeć, że Zjednoczona Prawica wygrywa po raz kolejny wybory. Mit o zmianach i laicyzacji, odchodzeniu od wartości, szukaniu tak zwanej nowoczesności w polityce, może się zemścić nikłym wynikiem wyborczym.
Wspomniał pan, że prawybory mają odpowiedzieć, jaka ma być PO i do kogo kierować powinna swój program. Kontekst jest szczególny. W grudniu mają państwo wybrać kandydata na prezydenta, w styczniu szefostwo PO. Gdzie jesteście teraz? Jaką programową propozycją PO chce pociągnąć wyborców?
- PO jest w takiej sytuacji, że z jednej strony jest radykalna lewica, z prawej strony wyrasta Konfederacja, która jest na skrajnym biegunie wobec lewicy. Zadaniem PO jest pokazanie, że można prowadzić politykę w centrum tak, żeby przyciągać emocje obywateli.
Nie zapominajmy o Ludowcach. Oni aktywnie zabiegają o głosy z centrum.
- To prawda. Dzisiaj te emocje się ogniskują w sporze między dwoma radykalnymi ugrupowaniami. PO musi pokazać, że jest gotowa prowadzić swój program, przyciągać wyborców, gwarantując im spokój, poszanowanie instytucji, spokojną politykę międzynarodową i skuteczną politykę w UE, także jeśli chodzi o budżet i naszą pozycję w Unii.
Wczoraj Rzeczpospolita publikowała sondaż IBRiS. Padało tam pytanie, które z ugrupowań ma szansę stać się główną siłą opozycyjną. Ankietowani najczęściej wskazywali na Lewicę – 32%. Na drugim miejscu – 30% - była Koalicja Obywatelska. Myśli pan, że dobrze oceniane wystąpienie Adriana Zandberga po exposé premiera Mateusza Morawieckiego, mogło wpłynąć na taki wynik Lewicy?
- Częściowo tak. Trzeba powiedzieć, że faktycznie w naszej polityce od dłuższego czasu panuje rodzaj krótkiej wymiany wzajemnych ataków, oskarżeń. W zasadzie wszystkie wystąpienia polityczne obu stron są przewidywalne. Gdy pojawia się ktoś, kto mówi zgrabnie i w innym tonie, to przyciąga uwagę. To nauczka dla przywódców innych ugrupowań, żeby wyciągnęli wnioski. Wyborcy oczekują wystąpień, które dają analizę sytuacji, proponują rozwiązania i są tematem do dyskusji, nie do wymiany obelg.
Zapytam jeszcze o wczorajsze spotkanie następcy Donalda Tuska, nowego przewodniczącego Rady Europejskiej Belga Charlesa Michela z premierem Mateuszem Morawieckim. Wiele ciepłych słów padło podczas tej rozmowy. Belg będzie łatwiejszym partnerem dla polskiego rządu niż Donald Tusk?
- Może być łatwiejszym, bo zniknie emocjonalna bariera niechęci, która między Donaldem Tuskiem i obecną większością występowała. Spotkania merytoryczne nawet były prowadzone jakby przez szybę. Ta bariera odpada. Z drugiej strony rząd będzie miał o tyle trudniej, że nie zrzuci winy na Tuska, który jest niechętny Polsce. Karty są na stole. Polska powinna wykorzystać moment i zmienić swoją politykę europejską na mniej antagonistyczną.
Sam Donald Tusk skoncentruje się na pracy szefa Europejskiej Partii Ludowej, czy będziemy go widzieć na krajowej scenie politycznej?
- Szefowanie EPL nie absorbuje tak, żeby Donald Tusk nie miał czasu na prowadzenie własnej polityki. Pewnie będzie chciał być obecny. On będzie pewnie chciał odgrywać rolę mędrca, który skupi wokół siebie młodych ludzi, z którymi będzie dyskutował o wyzwaniach, przed którymi staje Polska i świat.