Czy określenie „Bałtyk - morze wewnętrzne NATO” rzeczywiście oddaje sytuację na tym akwenie? Przecież regularnie słyszymy o incydentach, choćby związanych z tzw. flotą cieni.
Z jednej strony tak - zdecydowana większość wybrzeży i portów nad Bałtykiem należy dziś do państw NATO. Z drugiej strony pozostaje obecność Rosji: obwód królewiecki z Bałtijskiem oraz rejon Petersburga na końcu Zatoki Fińskiej. NATO dominuje na Bałtyku, ale aktywność Rosji jest wyraźnie odczuwalna.
Sam doświadczyłem tego podczas rejsu „Darem Młodzieży” do Sztokholmu - przez dwie doby nie mieliśmy sygnału GPS. Musieliśmy wrócić do klasycznej nawigacji, opartej na obserwacji latarni i brzegu. Dla współczesnej żeglugi to sytuacja paraliżująca, zwłaszcza dla młodych oficerów.
Czyli mimo dominacji NATO Rosja wciąż jest aktywna?
Zdecydowanie tak. A przy dzisiejszych środkach rażenia – choćby rakietach – odległości przestają mieć znaczenie.
Które rejony Bałtyku są najbardziej newralgiczne z punktu widzenia bezpieczeństwa?
Paradoksalnie, w razie konfliktu NATO mogłoby stosunkowo łatwo „zamknąć” Bałtyk - jedyną drogą wyjścia są Cieśniny Duńskie. Zatrzymanie transportów czy okrętów wojennych byłoby możliwe, choć oczywiście mówimy o czarnym scenariuszu, którego wszyscy chcielibyśmy uniknąć.
Największa aktywność rosyjska koncentruje się we wschodniej części Bałtyku - w ich wyłącznej strefie ekonomicznej i strefie przybrzeżnej. Tam Rosjanie potrafią czasowo zamykać akweny lub po prostu wypierać statki handlowe obecnością okrętów wojennych.
A flota cieni? Jak duża jest jej skala?
Szacunki mówią nawet o kilkuset jednostkach. Na samym Bałtyku stale widać kilka takich zbiornikowców. Pływają pod różnymi, najczęściej tanimi banderami - dziś bandera ma już niewielkie znaczenie.
Jakie znaczenie strategiczne ma dziś Bałtyk?
Kluczowe są szlaki transportowe. Bałtyk wciąż odgrywa ogromną rolę w handlu, także dla Polski. W przypadku państw skandynawskich transport morski jest wręcz dominujący. Zakłócenie tych szlaków miałoby poważne konsekwencje gospodarcze.
A w wymiarze stricte militarnym?
Bałtyk jest akwenem małym i płytkim. Już I i II wojna światowa pokazały, że nie jest to miejsce dla wielkich operacji flotowych. To raczej morze handlu niż wielkich bitew morskich - i o te szlaki handlowe toczyła się rywalizacja przez stulecia.
Właśnie – historycznie Bałtyk był areną wojen czy handlu?
Jednego i drugiego, ale dominował handel. Do XII wieku Bałtyk był kluczowym szlakiem transportowym między Wschodem a Zachodem Europy, m.in. przez Nowogród Wielki. Później dominację przejęła Hanza – związek miast handlowych, który wygrał organizacją, standaryzacją statków i przepisów, tworzeniem locji i znaków nawigacyjnych.
Po około 200 latach Hanza zaczęła przegrywać z Holendrami i Anglikami - bardziej elastycznymi i lepiej zorganizowanymi, gotowymi na handel globalny. Hanza, podobnie jak Wenecja, nie potrafiła dostosować się do nowej rzeczywistości.
Czy tradycje hanzeatyckie są dziś jeszcze żywe?
Tak - zwłaszcza w miastach portowych. W Niemczech do dziś miasta hanzeatyckie mają rejestracje samochodowe zaczynające się na literę „H”. Gdańsk, Ryga czy Tallin również chętnie odwołują się do tej tradycji, bo daje ona poczucie wspólnej, bałtyckiej historii.
Badania pokazują jednak, że współcześnie najsilniejsza jest tożsamość lokalna, potem narodowa, a dopiero na końcu bałtycka. Mimo to, z perspektywy marynarza, w codziennych obyczajach portowych, w pracy rybaków czy w tradycjach budowy łodzi, ta wspólnota Bałtyku jest wciąż wyczuwalna.
Gościem Radia Kraków był Tomasz Maracewicz, autor książki „Bałtyk. Morze Śródziemne Północnej Europy”.