Zdjęcie ilustracyjne/Fot. pexels
Dlaczego Arktyka?
Droga do tytułu kapitana jachtowego bywa krótsza, niż się wydaje, ponieważ dla zdeterminowanych to nawet dwa intensywne sezony pływania. W praktyce jednak formalny patent to dopiero początek. Balans między morzem a lądem, szkoleniem a realnymi rejsami, okazuje się kluczowy. Bycie dobrym kapitanem to synteza doświadczeń instruktorskich i wyprawowych – teoria bez praktyki traci sens, praktyka bez refleksji też.
Żeby żeglarstwo nie stało się rzemiosłem, trzeba zachować higienę pracy. Staram się nie być za często na morzu – mówi Mateusz Ćwikliński.
Pierwsza wyprawa na archipelag w 2014 roku zapoczątkowała serię powrotów. Z roku na rok kolejne załogi zapuszczały się coraz dalej, aż Arktyka stała się środowiskiem pracy. Co może zachęcać do wypraw na Północ? Dla jednych to cisza i wyobcowanie, dla innych możliwość zobaczenia zmian klimatycznych na własne oczy – cofających się lodowców, aktywności cielenia lodu, zmieniających się warunków lodowych. Brak GSM i nadmiaru bodźców działa jak detoks.
(cała rozmowa do posłuchania)
Kpt. Mateusz Ćwikliński/fot. Anna Piekarczyk
Współczesne wyprawy arktyczne coraz częściej przyciągają uczestników, którzy są bardziej pasażerami niż załogą. Kiedyś udział w manewrach, wachcie czy pracach kambuzowych był oczywistością, ale dziś częściej decydują czynniki finansowe. Są jednak wyjątki – rejsy tematyczne z fotografami czy narciarzami. Tam zaangażowanie jest naturalne, a wiedza krąży w obie strony: kapitan i załoga dzielą się meteorologią i nawigacją, uczestnicy – swoim fachowym spojrzeniem na krajobraz i światło.
Wschodnia Grenlandia to jeden z najbardziej naturalnych kierunków. Dostęp ograniczają nieliczne lotniska i wąskie okna pogodowo-lodowe. Do fiordu Scoresby Sund można wpłynąć praktycznie tylko w sierpniu i wrześniu. Wcześniej lód bywa barierą nie do przejścia. Sam przelot z Islandii trwa średnio około dwóch i pół dnia, zależnie od wiatru. Na wodzie kluczowa jest stała obserwacja, ponieważ growlery (mniejsze fragmenty lodu) potrafią uszkodzić kadłub, a radar nie zastąpi ludzkiego oka.
Jest to odgłos przypominający wystrzał z armaty. Trzeba też uwzględnić małe fale tsunami, które zbliżają się do jednostki, zwłaszcza jeżeli mamy zwodowany ponton dla celów fotograficznych, czy po prostu desantowania ludzi na brzeg – dodaje Mateusz Ćwikliński.
Jednostka balastowo-mieczowa o długości 23 metrów pozwala regulować zanurzenie, od ok. 2 do 4,5 metra, co bywa kluczowe przy podejściach w nieznanych akwenach. Ciężkie zapasy szaluje się nisko, by nie podnosić środka ciężkości. Na pokładzie nie zawsze panuje arktyczny mróz – suchsze powietrze sprawia, że odczuwalnie bywa cieplej niż zimą na Bałtyku. Odpowiednia odzież pozwala przetrwać całe wachty na zewnątrz.