Zapis rozmowy Mariusza Bartkowicza z posłanką PiS, Anną Paluch.
Cała opozycja protestuje, PO domaga się odwołania minister Anny Zalewskiej, szef PSL domaga się referendum. Minister zdania jednak nie zmienia. Gimnazja mają zniknąć. W zamian ma wrócić 8-klasowa podstawówka i będzie wydłużone o rok liceum. Dlaczego ta reforma? Jaki jest jej cel?
- Reforma gimnazjalna okazała się krachem. Mówią to rektorzy wyższych uczelni i osoby zajmujące się edukacją. Gimnazjum i 3-letnie liceum się nie sprawdza. Rząd PiS zapowiadał zmiany w tym zakresie. To nie jest nic nowego. Polacy dali nam mandat zaufania. Minister Zalewska przez pierwsze miesiące przeprowadzała konsultacje projektu. Dopiero w czerwcu, 10 miesięcy po powstaniu rządu, ogłosiła, że od 2017 roku zacznie się reforma kształcenia. Wracamy do modelu 8+4. Dotychczasowe szkoły zawodowe to będą szkoły branżowe dostosowane do potrzeb rynku pracy. Ta reforma jest konsultowana z wieloma środowiskami. Wszystkie strachy na lachy opozycji, że nauczyciele stracą pracę i będzie koniec świata, są wyrazem bezsilności. Zabawne jest to powiedzenie pana prezesa PSL. PO szykuje się do wniosku o wotum nieufności dla pani minister. Sprawa jest jasna. Rektorzy mówią, że pierwszy rok studiów to kurs doszkalający dla absolwentów liceów. Szkoła podstawowa i liceum muszą przygotować do studiów.
Krytycy mówią, że nauczyliśmy się gimnazjów a one zostaną teraz zlikwidowane. Chciałbym się odwołać do argumentów krytyków reformy. Z jednej strony znacznie lepsze wyniki osiągają nastolatkowie z Polski w testach PISA. Z drugiej strony mówiło się, że jednym z celów reformy z roku 1999 było to, żeby oddzielić dzieciaki od młodzieży...
- To się nie udało. Jak przychodzi dziecko do gimnazjum, to przychodzi w wieku kryzysowym. Zanim zostanie zdiagnozowane i opanowane, to ze szkoły wychodzi. W poprzednim modelu było tak, że jak dziecko wchodziło w krytyczny moment buntu, to nauczyciele dziecko znali, uczeń był rozpracowany. Kto miał do czynienia z kształceniem wie, że wystarczy 2 urwisów na klasę. Oni potrafią uniemożliwić prowadzenie lekcji. W tej materii gimnazjum się nie sprawdziło. Pamiętam czasy reformy ministra Handke i ówczesny przekaz. On był taki, że dzieci 7-letnie nie powinny się spotykać w jednej szkole z 14-latkami, bo jest fala. Proszę jednak zobaczyć. Na Podhalu wiele szkół to zespoły szkół. Tu powrót do modelu 8+4 będzie łatwy. Jest też kwestia straszenia, że nauczyciele stracą pracę. Przeciwnie. Podstawa programowa przewiduje zerwanie z modelem bloków programowych. Nie przyroda, ale chemia, fizyka, biologia, geografia. Będzie potrzeba więcej nauczycieli. Podobnie zamiast bloku neohumanistycznego będzie język polski i historia. Będzie więcej godzin lekcyjnych. Jakby były takie przypadki, to zwracamy uwagę. Pani minister konsultowała to z gminami. Gminy mają wiele instrumentów w ręce, one są organem prowadzącym szkoły podstawowe. Samorząd powiatowy prowadzi licea. Rozsądek samorządów, wsparty pieniędzmi rządowymi, pozwoli spokojnie ten proces wdrożyć.
Jakie są pani wrażenia po piątkowym nieformalnym szczycie UE bez Wielkiej Brytanii? Ma pani satysfakcję, że to przeciw czemu wcześniej politycy PiS protestowali, pomysł obowiązkowej relokacji uchodźców, upadł? Ze 160 tysięcy uchodźców udało się przemieścić zaledwie 3%.
- Nareszcie widać, że bodźce rzeczywistości zaczynają docierać do głów decydentów. Jestem przekonana, że te postulaty krajów środkowej Europy były rezultatem rzeczowej oceny sytuacji. Było jasne, że to jest rozwiązanie pozatraktatowe. Inaczej traktuje się uchodźców a inaczej osoby przesiedlające się z powodów ekonomicznych. Nikt nie potrafił oddzielić jednych od drugich. Jak chodzi o uchodźców, to są porozumienia. Jak chodzi o imigrantów ekonomicznych, to UE nie ma kompetencji. To ocierało się o bezprawie i było nierealistyczne. Kraje starej Unii nie potrafiły jednoznacznie oddzielić tych imigrantów ekonomicznych od uchodźców i nie potrafiły zdiagnozować terrorystów. Tego skutki odczuwają teraz obywatele tych krajów. Cieszę się, że nareszcie poczucie rzeczywistości wraca. Tak trzeba było działać od początku. Cieszę się, że kraje Grupy Wyszehradzkiej, tak lekceważone i traktowane protekcjonalnie, nareszcie występują razem i potrafiły przekonać kraje starej Unii.
Zgadza się pani, że teraz w dyskusjach w UE problemem nie będzie kwestia imigrantów z zewnątrz, ale wewnętrznych migracji? Mam na myśli status Polaków i obywateli innych krajów pracujących w Wielkiej Brytanii.
- Jak Wielka Brytania chce zachować związek z Europą, to musi być wzajemność. Polacy są obywatelami kraju UE. Powinni być traktowani jak obywatele krajów starej Unii. Druga kwestia jest taka, że rząd premier Szydło nie zaniedbuje obowiązków. Jest aktywny w zapewnianiu bezpieczeństwa. Po tych wypadkach i atakach byli tam ministrowie. Jest współpraca z polską policją, która się tam udała. Chodzi o wsparcie dla brytyjskiej policji w nawiązaniu kontaktu z Polakami. Trzeba udrożnić kanały komunikacji.
Dziennik Polski pisze dzisiaj o tym, że Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska zamiast nieistniejącego programu KAWKA zaproponuje program REGION. On będzie proponował pożyczki, które będzie trzeba oddać. Nie obawia się pani, że małe samorządy będą mieć kłopot z finansowym udźwignięciem tego ciężaru?
- To jest oczywista konsekwencja dezynwoltury, z jaką sobie poczynały poprzednie władze NFOŚ. Kilka miesięcy temu kwestie programu KAWKA rozpatrywaliśmy na komisji. Wtedy drobinie zostały nam przekazane informacje o stanie finansów NFOŚ. Niestety poprzedni zarząd robił prezenty z dziesiątek milionów dużym europejskim podmiotom. Takie firmy jak EDF, Veolia otrzymywały poważne kwoty w formie dotacji. Jak daje się dotacje wielkim rekinom, to stan funduszu podstawowego za dwa lata wynosiłby -500 milionów. Trzeba było powstrzymać ten wypływ. NFOŚ nie stać na taką ilość dotacji. Muszą to być pożyczki.
Te formy dotacyjne nie byłyby wskazane dla mniej zamożnych samorządów?
- Ta sytuacja może się zmienić, ale na razie NFOŚ musi odzyskać płynność. Tam jest bodajże 12 tytułów dochodów, ale one muszą się bilansować. Wypłaty, wsparcie i pomoc musi iść na takie tytuły, z których są gromadzone dochody. Swoboda jest w dysponowaniu funduszem podstawowym. On został poważnie uszczuplony przez kilka lat bezmyślnego rozdawnictwa. Stan Funduszu jest taki, że nie jest w stanie udzielić dużo dotacji.
Nie obawia się pani, że to może utrudnić poważnie walkę ze smogiem?
- Tu muszą być inne instrumenty działania. Muszę poinformować z satysfakcją, że na Podhalu zakłada się klaster energetyczny. To zgrupowanie podmiotów, w którym są dwie spółki skarbu państwa, czyli Geotermia Podhalańska i Niedzica. Do tego jest kilkanaście gmin, oba powiaty. Jest szansa, żeby wdrożyć wspólne gospodarowanie energią. Cieszę się, że gmina Ochotnica dostała wsparcie na program 600 dachów na 600-lecie. Chodzi o ogniwa fotowoltaniczne. Ta gmina jest tuż obok Gorczańskiego Parku Narodowego. Przygotowujemy się też w klastrze do energetycznego wykorzystania odpadów. To jest zmorą dla Podhala. Chodzi o resztki skór, futer. Cały teren powiatu to wytwórcy pantofli. Oni po cichu zimą spalają to w domu. Jak to będzie spalane w spalarni, która wychwyci szkodliwe substancje to Podhale będzie miało czystsze powietrze. Na to będzie wsparcie.